Mówią: "Szukajcie, a znajdziecie". Powodzenia!

Aborcja. Egzamin, który oblali mężczyźni

Problem przerywania ciąży oraz sposób w jaki rozmawiamy o aborcji, obnażają głęboki kryzys męskości. Zrzucamy odpowiedzialność na kobiety, taką czy inną ideologię, albo system. Płoną stosy. Ale to mężczyzn charakteryzuje krzywdząca bierność – efekt wybuchowej mieszanki strachu i egoizmu.

W sporze o aborcję, który z końcem minionego roku z impetem wrócił na usta mainstreamu, padło wiele argumentów. Choć prostą odpowiedzią na większość z nich może być i jest wspierająca obecność mężczyzn, zaangażowanie ojców, to z jakiegoś powodu boimy się tej perspektywy.

Znów się pogubiliśmy: wyposażeni w krzyk, nienawiść i potępienie, idziemy na sprawiedliwą wojnę. Zapominamy, że pierwsza linia tego frontu przebiega przez nasze własne domy: nie ma bardziej fundamentalnego aktu w obronie życia, niż bycie oddanym rodzicem. Każda manifestacja kiedyś się kończy, a najlepsze nawet rozwiązania prawne, można ominąć lub złamać.

Początek życia

Obrona tych, którzy nie potrafią bronić się sami, to imperatyw nie budzący kontrowersji tak długo, jak długo nie zaczynamy mówić o nienarodzonych. Środowiska Pro-Choice reagują alergicznie za każdym razem, kiedy mówimy o rozwijającym się w łonie mamy, nowym człowieku. Ale ta nomenklatura nie jest manipulacją, tu nie chodzi o uwrażliwianie sumień (a już na pewno nie w pierwszej kolejności).

Zanim więc przyjdzie mi porozstawiać po kątach męską część widowni, pozwólcie uporządkować to, co podstawowe. To ważne.

Każde kryterium „bycia człowiekiem” inne, niż poczęcie, niesie ryzyko wyrządzenia nieodwracalnej krzywdy innym. Warto o tym mówić na spokojnie, zwłaszcza wtedy, kiedy w przestrzeni publicznej próbujemy zredukować początek życia wyłącznie do biologii (zygota, splot komórek, etc.). Zazwyczaj pojawiają się trzy argumenty: w pierwszej fazie istnienia nie możemy mówić o świadomości samego siebie, nie odczuwamy bólu, i nie potrafimy funkcjonować poza organizmami naszych mam.

To z tej puli korzystał Richard Dawkins, kiedy wykazywał, że świnie posiadają więcej cech ludzkich, niż dzieci będące po drugiej stronie brzucha. Samo stwierdzenie tego guru naiwnego ateizmu każe zastanowić się w jak chorym punkcie dyskusji o życiu się znaleźliśmy. Ten sposób myślenia musi prowadzić do wielu ludzkich dramatów.

Świadomości własnego „ja” nie posiadają dzieci już po narodzinach, ponieważ ta kształtuje się w pierwszym okresie życia. Stąd zdziwienie niemowląt, kiedy widzą swoje odbicie w lustrze. A więc w tym wypadku aborcja powinna być dopuszczalna nie tylko przed porodem, ale i po nim.

Więcej, jeśli przyjmiemy takie kryterium człowieczeństwa, to konsekwentnie musimy zgodzić się na dowolne odbieranie życia tym, którzy nie posiadają samoświadomość w rezultacie zaburzeń psychicznych, albo znajdują się pod wpływem środków psychoaktywnych (ergo: na chwilę przestają być ludźmi).

Ból potrafimy uśmierzać i zredukować niemal do zera. Przyjmując linię argumentów, które na stole stawia Dawkins, warto zastanowić się nad dalszym życiem tych, którym w szpitalach podajemy morfinę. Przestają być ludźmi tylko dlatego, że nie odczuwają fizycznego cierpienia? Bardzo niebezpiecznie zbliżamy się do granicy totalnego absurdu.

Dziecko nabiera zdolność życia poza organizmem mamy już w 25 tygodniu; medycyna zna przypadki utrzymania przy życiu młodszych istnień. To kryterium można rozciągać szerzej, na ludzi chorych; ofiary wypadków tymczasowo żyjące dzięki wsparciu respiratorów i chemii. Ale wystarczającym dowodem na niedorzeczność tego kryterium jest fakt, że w 12 tygodniu życia mojej córki, na ekranie USG, mogłem zobaczyć jej rączki, nóżki i to, jak przewraca się z boku na bok, jak reaguje na nacisk na brzuch.

Nieludzka jest próba twierdzenia, że to jeszcze nie był człowiek. To zawsze spotka się z moim radykalnym sprzeciwem.

Celowo nie powołuje się na żaden argument związany tak z nauczaniem Kościoła, jak i chrześcijaństwem w ogóle. Nie trzeba wiary w Boga, ani religijnej przynależności, aby zobaczyć, że przyjmowanie kryteriów tego, kiedy „zaczyna się człowiek” jest więcej niż ryzykowne. Zresztą, dzisiaj przyjęte kryteria, z łatwością zmienimy w przyszłości. Skoro zrobiliśmy to raz, kto nam zabroni?

Ciąża, kobieta i my, mężczyźni.

Bardzo prosto wykazać powód dla którego należy chronić życie od poczęcia. W teorii wszystko się zgadza. Ale rzeczywistość dodaje swoich odcieni do tego, co tak łatwo przyjmuje papier.

Jeśli już mamy kierować akt oskarżenia wobec tych, którzy podejmują się przerwania ciąży, to w pierwszym szeregu ponury kwit wyrzutów powinien trafić w ręce mężczyzn. Zawsze kiedy pojawia się sytuacja tak trudna, że kobieta rozważa aborcję, powinniśmy zapytać: gdzie jest tata tego dziecka, brat tej dziewczyny, jej ojciec, przyjaciele? Jeśli umyłeś ręce, bierzesz na siebie odpowiedzialność tak za to, co spotyka to maleństwo, jak za i dramat jego mamy.

Ciąża i poród to trudne, wyczerpujące psychicznie i fizycznie doświadczenie. Towarzyszyłem mojej żonie od samego początku, bo od samego początku uznałem, że ciąża nie jest tylko i wyłącznie jej sprawą. Nie w tym sensie, że mogę jej cokolwiek nakazać, albo czegoś zabronić; to miałoby więcej wspólnego z tyranią, niż opartym na zaufaniu związkiem.

Jeśli jednak – jak starałem się  pokazać we wstępie – uznaje, że pod jej sercem, od samego początku żyje mały człowiek, moja córka lub mój syn, to znaczy, że jestem ojcem już teraz. Nie za dziewięć miesięcy. A to obliguję do odpowiedzialności totalnej.

Kiedy przedstawiam tę perspektywę swoim znajomym, słyszę czasami w odpowiedzi irytujące „jeszcze tego tak nie czuję” i mam ochotę użyć argumentów dalece niechrześcijańskich. Po to Bóg (a jeśli w Niego nie wierzysz, to matka natura) obdarzył nas rozumem, żeby z niego korzystać, a od czasu do czasu stanąć poza ograniczeniem własnych emocji.

Towarzyszyłem swojej żonie w szkole rodzenia, przejąłem lwią część obowiązków w domu. Aby być obok, zrezygnowałem z wielu swoich aktywność i ograniczyłem do niezbędnego minimum pracę zawodową. Z perspektywy czasu nie potrzebowałem tego aż tak bardzo, ale wiem, że potrzebowała tego moja żona.

Pod koniec ciąży wiązałem jej buty, pomagałem zdjąć skarpetki, poprawiałem w nocy kołdrę. Byłem. Wierzę i wiem, bo Kamila często się tym dzieli, że ciąża (choć wspaniała, to bardzo trudna) – przez wszystkie te proste i małe rzeczy – była łatwiejsza do udźwignięcia.

Na tydzień przed porodem, kiedy pojawiły się komplikacje, trafiliśmy na oddział patologii ciąży. W sali z czterema kobietami, w skrzydle z kilkunastoma innymi. Baliśmy się, więc byłem z żoną przez cały czas: przynosiłem zakupy, prowadziłem ją do łazienki, rozmawiałem z lekarzami, patrzyłem na ręce niefrasobliwej obsługi. Wracałem do domu krótko na noc, choć personel szpitala wiedział, że godziny odwiedzin mnie nie obowiązują. Nie byłem tam, żeby żony pilnować, jest dorosłą, mądrą kobietą. Byłem tam, żeby być pomocnym.

Doskonale rozumiem, że przez obowiązki zawodowe, nie każdy mąż i tata może sobie na to pozwolić. Ale przez te kilka dni widziałem dziesiątki odwiedzin mam, sióstr, przyjaciółek i bardzo, bardzo mało wizyt innych mężczyzn. A jeśli już, to na kilka chwil, formalnie. To było przykre doświadczenie.

Dzisiaj jestem ze swoimi dziewczynami tak często, jak to tylko możliwe, i tak długo, jak trzeba. To nie jest trudne, bo jestem w nich nierozumnie zakochany. Wiem jak pierwsze tygodnie były trudne dla mojej żony. Wyczerpany, dochodzący do siebie organizm, niedobór snu, brak doświadczenia i problemy z karmieniem. Presja i oczekiwania wszystkich wokół. To doświadczenia, które potrafią przyćmić największą otwartość na życie i głęboki, macierzyński instynkt.

I to jest miejsce, gdzie powinien pojawić się mężczyzna. Odgrodzić dom od świata, bo to nasza enklawa i nasze chwile. Pozwolić żonie złapać oddech i okazać cień wyrozumiałości. Patrzę na nasze skromne doświadczenia i z tej perspektywy kobiety, które wychowują dzieci samotnie, muszę traktować jak bohaterki. Żaden mężczyzna nie jest w stanie im dorównać.

W końcu jest miejsce na męską aktywność wtedy, kiedy kobieta potrzebuje zająć się swoją częścią życia, swoją pracą, rozwojem, marzeniami. Jeśli rezerwujesz to dla siebie, jesteś egoistą. Tyle i aż tyle.

Nie jestem dumny. Piszę o tym nie po to, aby pokazać swoją wartość na tle innych. Jest wielu dobrych, oddanych mężczyzn. Pewnie tysiące lepszy niż ja. Ale tak długo, jak będące w ciąży kobiety pozostają same; tak długo jak umywamy ręce od prostej obecności, nie mamy prawa do sądu nad tymi, które nie dają sobie w tym wszystkim rady. To nie znaczy, że aborcja powinna być dopuszczalna, to nawet nie jest okoliczność łagodząca, ale ocenę powinniśmy zacząć od siebie.

Co dalej?

Kilka dni temu rozmawiałem z kolegą, który jest ojcem nieco bardziej doświadczonym. Szykują się na przyjęcie drugiego dziecka. Kuba podzielił się tym, co powiedziała jego żona: chcę urodzić tego chłopca, bo okazałeś wsparcie przy pierwszym.

Z Kamilą zastanawiamy się jak nazwać kolejne z naszych dzieci. Śmiejemy się i spieramy o imiona. Ignacy rywalizuje z Mikołajem. Dzieje się tak po trzech nieprzespanych z rzędu nocach, kiedy muszę zrezygnować z intratnego zlecenia, albo odłożyć na bok pisanie książki.

Bycie mężem i ojcem zaangażowanym, tak zwyczajnie obecnym, jest fundamentalnym aktem w obronie życia. Ucieczka od odpowiedzialności za to, co się stworzyło, jest tchórzliwą zdradą męskiej tożsamości, bo to w nią trwale wpisane jest ojcostwo. Wszystko inne jest komentarzem, często niezbędnym, ale zawsze wtórnym.

[fb_button]

{social-facebook-like}