Mówią: "Szukajcie, a znajdziecie". Powodzenia!

Historia mojej Drugiej Wielkiej Miłości

Historia mojej Drugiej Wielkiej Miłości (albo trzeciej – dokładnie nie pamiętam) jest jednocześnie historią wielkiej porażki, urażonej dumy i zranionych młodzieńczych uczuć. Ale bez obaw:  bardziej niż na scenariusz wenezuelskiej telenoweli całość nadaje się na tło średniego sitcomu. Do dzisiaj czuje ten specyficzny zapach oparów absurdu.

Miałem 15 lat, a Ola była ode mnie starsza o dwa, lub trzy lata. I była dziewczyną z telewizji. Prowadziła program Bzik kontrolowany realizowany przez TVP3. Zawsze zakochiwałem się tak, że wszyscy pukali się po głowach.

Spotkaliśmy się, kiedy jeden z odcinków poświęcono projektowi, który współtworzyłem. Pamiętam wieczór po nagraniu – wszyscy pytali jak poszło, ale dla mnie to już nie miało znaczenia. Tamtego dnia umarłem dla świata. Przepadłem.

Dziennikarka (ta całkiem dorosła), która opiekowała się Bzikiem kontrolowanym, zostawiła swój numer telefonu. Mogłem zadzwonić i poprosić o kontakt do Oli, nawet wspomnieć, że chciałbym zaprosić ją do kina. Jednak przy takim postawieniu sprawy istniało ryzyko, że nie dostanę tych danych.
A ja nie mogłem ryzykować. Nie istniał jeszcze Facebook ani Nasza-Klasa. Byłem skazany na intrygę.

W tym okresie – mimo wieku – pracowałem jako dziennikarz w miesięczniku powiatowym. Wspominam o tym tutaj. Przygotowywałem sprawozdania i notki prasowe z lokalnych imprez takich jak Święto Straży czy Gminne Dni Ziemniaków. Co jakiś czas przeprowadzałem wywiady z lokalnymi
wójtami-watażkami. Poprosiłem naczelną o 1,5 strony A4 na materiał o młodych, zdolnych ludziach. Miesięcznik był powiatowy, więc młodzież powinna również być powiatowa. Ola nie była, ale to nie stanowiło przeszkody. Nie było też żadną przeszkodą, że nie znałem takich ludzi i nie wiedziałem gdzie ich szukać. Byłem zdeterminowany ich nawet wymyślić. Tu nie chodziło o tekst, ale o Moją Drugą Wielką Miłość!

Zadzwoniłem więc do pani redaktor z TVP i poprosiłem o numer do Oli. W kilku słowach sprzedałem historię o tym jak dostałem zlecenie z redakcji Panoramy Powiatu na tekst. Namiary dostałem tego samego wieczora.  Kilka dni później spotkałem się z Nią i kilkoma innymi bohaterami reportażu. Pozory są ważne. Zrobiłem mnóstwo zdjęć – głównie Oli.

Trzy dni później tekst był gotowy. I był naprawdę świetny warsztatowo. Szybko umówiłem się na autoryzacje, ale zagrałem już otwarcie. Zaprosiłem Olę na kawę, a akceptacja tekstu miała być tylko dodatkiem. Oczywiście: zgodziła się. Przed telefonem umierałem ze strachu, po… ze szczęścia.

Sytuacja szybko mnie przerosła. Każdemu kiedyś zaczynają trząść się nogi, a ślina staje w gardle. Zwłaszcza w wieku 15 lat.

Prawda była okrutna: choć robiłem trochę ciekawych rzeczy, sporo czytałem i lubiłem Internet, byłem chłopakiem z małej miejscowości, którego cały świat zamykał się w 200-osobowej, wiejskiej szkole. O randkach wiedziałem tyle, ile zobaczyłem w Jeziorze marzeń , a zobaczyłem mało bo rodzice uznali, że ten serial nie jest dla mnie.

Kupiłem zwiędnięte, brzydkie tulipany. Były absolutnie najtańsze. Bałem się, że jeśli kupię droższe kwiaty, to skończą mi się pieniądze w trakcie spotkania. Ten bukiet był naprawdę okropny i Oli z dużym trudem przyszło uprzejme ukrycie zdziwienia.

Kawiarnia, którą znalazłem w Internecie okazała się studencką pijalnią piw (to była Huśtawka na św. Tomasza, od dwóch lub trzech lat zamknięta, później chodziłem tam z kumplami). Byłem w Krakowie (sam) drugi, albo trzeci raz w życiu, więc zaufałem temu co w sieci, żeby brylować jako stały bywalec miejsc i okazji. Mówiłem o książkach Jerzego Pilcha i o tym, że jest moim ulubionym autorem, choć przebrnąłem zaledwie przez 1/3 jednej i tylko sporadycznie czytałem go w Polityce. Na głowę wywaliłem tonę żelu i wylałem na siebie hektolitry wody po goleniu (kosmetyk to kosmetyk)…

I najgorsze, absolutny gwóźdź do trumny: założyłem ortalionowe spodnie. W mojej szkole były synonimem statusu klasy A. W dużym mieście były synonimem wiejskiej szkoły.

Mimo upływu lat ciągle widzę to spotkanie w szczegółach i nie mogę przestać się śmiać. To nie mogło się udać. Randka w Huśtawce nie była ostatnia. Poszliśmy jeszcze do kina. Niestety, założyłem te same spodnie.

Choć mój dramat nie trwał długo to był niezwykle intensywny. Nie spałem przez kilka nocy i w ciągu dnia jak oszalały jeździłem na rowerze tak daleko, jak tylko się dało (a nie dało się zbyt daleko – o 22:00 musiałem meldować się w domu – nawet moje cierpienie ograniczały rodzicielskie zakazy :).

Napisałem o tym z trzech powodów. Ok, tak naprawdę to z czterech:

Jestem więcej niż pewien, że nosisz w sobie kilka wspomnień do których się uśmiechasz. Wydarzeń, które kiedyś wydawały się początkiem końca, ale czas zamazał złe emocje i dzisiaj patrzysz na nie z innej perspektywy. Śmiejesz się z okoliczności i samego siebie. Za każdym razem kiedy opowiadam tę historię, moi znajomi przywołują swoje własne, podobne wspomnienia. Zawsze się śmiejemy. To pierwszy powód.

Drugi – to część mojego dzieciństwa i dorastania. Czasami brakuje mi siebie z tamtego okresu. Brzmi banalnie, ale zapytaj samego siebie: jak często Ty tęsknisz do tego czasu?  Tu nie chodzi o tanie kiedyś było lepiej/łatwiej. Moja żona jest moją Największą Miłością, a nasza relacja niekończącą się przygodą mojego życia, ale w tej młodzieńczej naiwności i funkcjonowaniu na granicy absurdu była taka specyficzna ufność. Zaufanie niedoprecyzowane, nie kierowane do kogoś lub czegoś. Ono wynikało z zatraconej przez dorosłych umiejętności bycia tylko tu i teraz.

Trzeci  powód jest bardzo prozaiczny: po prostu myślę, że podrywanie dziewczyny na reportaż o niej samej to całkiem niezła historia. Prawda?

Czwarty, chyba najważniejszy: już wtedy doszedłem do ważnego wniosku. Ważnego nawet z dzisiejszej, trochę bardziej dorosłej perspektywy: to szaleństwo ze zdobywaniem numeru nie było uczciwie w tym sensie, że kilka osób okłamałem, to jednak było autentyczne i takie całkiem moje. Później udawałem już kogoś, kim nie byłem. W relacjach z ludźmi kreacja nie działa. A przynajmniej nie w przypadku Wielkich Miłości.

[fb_button]

{social-facebook-like}