Mówią: "Szukajcie, a znajdziecie". Powodzenia!

Krytyk nie może być tchórzem

Dlaczego ktoś inny ma decydować o tym, jakie treści są dla mnie szkodliwe? To jest cenzura prewencyjna: ktoś stawia samego siebie w pozycji lepiej wiedzącego; daje sobie prawo do decydowania o tym, jak mamy żyć. Otóż ja takiego prawa nie daję nikomu. Ani Kościołowi, ani władzy świeckiej, ani władzy rodzicielskiej…

Z Tomaszem Raczkiem, popularyzatorem kultury, krytykiem filmowym i publicystą, rozmawiamy o śmiałych obyczajowo okładkach, wolności i o dziennikarzach, którzy za zdjęcie z Julią Roberts płacą zawodową spolegliwością.


Książki znikają z bibliotek.

Biblioteki powinny posiadać możliwie szeroką ofertę. Tylko czytelnik może decydować o tym, jaka książka jest dla niego odpowiednia. Nikt inny.

Okładki Latarnika bywają – szukam eufemizmu – bardzo odważne.

Jeśli czytelnik sięgnie po książkę ze zbyt śmiałą obyczajowo okładką, to być może odczuje dyskomfort i odłoży ją na półkę. Nic więcej złego nie może się stać. Koniec. Kolejna osoba, która zobaczy tę okładkę, poczuje przyjemność. Jeszcze inna pozostanie neutralna. Obecność tej książki w bibliotece daje wybór.

Jeśli napiszę nowe „Mein Kampf”, to czy powinien tę książkę umieścić w bibliotekach?

Tak, jestem za. Ważne, co my z tą książką zrobimy dalej. W przypadku takich dzieł potrzebna jest dyskusja. Jeśli ta książka nie będzie dostępna, to nie będzie rozmowy. Tytuł i tak się pojawi. Każda cenzura, każde ograniczenie, rodzi pewien rodzaj konspiracji.

Umówmy się, że istnieją dzieła szkodliwe.

Dlaczego ktoś inny ma decydować o tym, jakie treści są dla mnie szkodliwe? To jest cenzura prewencyjna: ktoś stawia samego siebie w pozycji lepiej wiedzącego; daje sobie prawo do decydowania o tym, jak mamy żyć. Otóż ja takiego prawa nie daję nikomu. Ani Kościołowi, ani władzy świeckiej, ani władzy rodzicielskiej…

Władzy rodzicielskiej? Pan chce, żeby rodzice nie mogli decydować o tym, jakie książki czytają ich dzieci?

Jako dwunastolatek buntowałem się przeciw ograniczeniom wiekowym w filmach. Dzisiaj, po wielu latach, potwierdzam swoje uczucia z tamtego okresu. Już jako dorosły mogę powiedzieć, że nie ma nic bardziej głupiego, złego i szkodliwego niż ustanawianie twardych progów wiekowych w dostępie do kultury.


tomasz_raczek_01


W wieku 12 lat z kolegą ze szkolnej ławki obejrzałem „Fanatyka” Henry’ego Beana. Jednego z nas film uwrażliwił, drugi zgolił głowę i zaczął zabawę w nazizm. Może byłoby lepiej, gdybyśmy ten film zobaczyli 4 lata później? Mimo wszystko?

Pana doświadczenie tylko potwierdza mój sposób myślenia. Założenie, że wszystkie dzieci w wieku 12-14 lat są takie same, to szkodliwy fałsz. Są dzieci, które, mając lat 12, są w pełni przygotowane do korzystania z tego, co dorośli uznali za odpowiednie od 16 roku życia. I są ludzie, którzy na zawsze zatrzymają się na etapie rozwoju nastolatka.

Więc dla dobra dojrzałych 12-latków mamy ryzykować tymi, którzy jeszcze nie są gotowi. „Fanatyk” to film bardzo brutalny, pokazuje kult siły, siłę grupy. Bean pokazuje wiele wątków, które dla 12-letniego chłopca mogą być niezwykle pociągające.

Mamy trzy warianty. Pierwszy: ograniczyć dostęp do filmu dla wszystkich poniżej pewnego wieku. Drugi: iść z tym ograniczeniem dalej, udostępnić film tylko i wyłącznie osobom dorosłym. Trzeci wariant: porozmawiać z młodym widzem, przygotować go i towarzyszyć mu.

I jak rozumiem, Pan stawia na wariant trzeci.

Pierwszy jest okropny. Zakaz dostępu do pewnych treści tym, którzy mogą je dobrze zrozumieć, tylko dlatego, że ktoś inny nie potrafi, to okrutna niesprawiedliwość. Mam takie wspomnienie ze szkoły: trzy razy przerabialiśmy tę samą lekturę, nie mogliśmy posunąć się naprzód z materiałem. Zasugerowałem nauczycielce, że już wystarczy, że dłużej nie można… Zostałem zganiony. Usłyszałem: „Tomku, wstydź się! Szybciej opanowałeś materiał, ale nie bądź egoistą, nie wszyscy koledzy jeszcze zrozumieli, musisz być wyrozumiały”. Nie wstydziłem się jednak, za to zapamiętałem: może i mamy równe prawa, ale nie jesteśmy tacy sami.

Boję się świata, w którym nie liczymy się ze słabszymi. Wrażliwość jest ważna.

To jest logika, która mówi, że jeśli komuś rodzi się dziecko bez ręki, to wszystkie inne również musimy pozbawić rąk. Zresztą, jeszcze niedawno było tak, że mańkutów zmuszano do pisania prawą dłonią. Żądano ode mnie, żebym zatrzymał się w nauce tylko dlatego, że inni byli mniej zdolni albo leniwi. To nie fair! Dlaczego ci, którzy mogliby osiągnąć więcej, muszą stać w miejscu i udawać, że są tacy jak wszyscy?

Dorosły widz potrafi zdobyć się na większy dystans niż nastolatek. Stąd ograniczenia, o których mówimy.

Weźmy drugi wariant: dostęp tylko dla pełnoletnich. Też się nie zgadzam. Nie ma Pan żadnej gwarancji, że idąc z kolegą na „Fanatyka” teraz, zareagowalibyście inaczej. Pan mógłby uznać film za interesujący, a Pana kolega ogolić głowę i już nie tylko marzyć o nazizmie, ale zapisać się do jednej ze skrajnie prawicowych organizacji. I wprowadzić marzenia w czyn. Na szczęście jest jeszcze wariant trzeci…

Czyli obecność.

Przygotowanie młodego człowieka do odbioru wybranych treści. Bardzo ważna jest rozmowa. Wierzę w jej siłę. Reasumując: niech idą na te filmy, sięgają po te książki, ale trzeba być przy nich. Niestety, tej roli dorośli najczęściej nie podejmują.

Nie wszyscy rodzice są w stanie towarzyszyć dziecku w taki sposób. Brakuje im wiedzy i doświadczenia.

Oczywiście, że mamy inną sytuację, kiedy rodzi się dziecko w rodzinie prawników czy lekarzy, a inną, kiedy pojawia się fenomenalnie uzdolniony chłopiec w rolniczej rodzinie w Bieszczadach. Ale rodzic, który nie jest w stanie rozmawiać z dzieckiem na dany temat, wciąż może mu towarzyszyć. Może dobrze poradzić, znaleźć kogoś innego, kto go zastąpi w stymulowaniu rozwoju, kupić odpowiednie książki. Albo po prostu zgodzić się na to, żeby taki młody człowiek wyjechał do szkoły w większym mieście. Rodzic, który czuje się intelektualnie słabszy od swojego dziecka, powinien zadbać o to, aby to dziecko nie zmarnowało swoich możliwości.

Pan urodził się w Warszawie. Przeprowadzka do większego miasta nie była konieczna.

Mama była lekarzem, ojciec ekonomistą, wcześniej studiował pianistykę. Sztuki, teatru, filmu, słuchania muzyki uczyłem się w domu, nie w szkole. Dyskutowaliśmy po każdej wysłuchanej symfonii. Pytałem: „Tato, jak odróżnić dobre wykonanie V Symfonii Beethovena od złego?” Miałem szczęście, że znalazłem w ojcu takiego partnera.

Dam głowę, że szkolni koledzy, którzy potrzebowali trzy razy powtórzyć materiał, takiego partnera nie posiadali.

Gdyby nie rodzice, byłoby mi oczywiście zdecydowanie trudniej. Tyle że nie czuję się z tego powodu winny. Czułbym się, gdybym – mając takie przygotowanie i takie możliwości – tego nie wykorzystał. Czułbym się winny wobec losu, wobec moich rodziców, wobec siebie samego, że zmarnowałem to wszystko. Pan stawiał mi zarzut o egoizm…

I jestem gotów go bronić.

Więc powiem wprost: czułbym się też winny wobec tych wszystkich ludzi, którzy takich możliwości nie mieli.

Proszę rozwinąć.

Przez długi czas nie umiałem sobie odpowiedzieć na pytanie, kim tak naprawdę jestem: czy krytykiem filmowym, czy dziennikarzem, czy wydawcą. Dzisiaj nie mam już żadnych wątpliwości. Otóż jestem popularyzatorem kultury. Przede wszystkim – świadomego odbioru filmów. W ten sposób oddaję innym tę nadwyżkę, którą dostałem od losu.

Szkoła uczy, jak odbierać i interpretować literaturę. Wiemy, że samo przeczytanie dzieła to za mało. Jest kontekst, mnogość znaczeń i odniesień. Odbioru kina nikt nas nie uczy.

Film został wymyślony jako widowisko masowe, ogólnodostępne – jako rozrywka. Pan mówi o podstawach filmoznawczych, a filmoznawstwo – którego nie lubię – robi z kina naukę, daje za to magistra. Moim zdaniem naukowe metody badania zabijają sztukę. Te metody są potrzebne tylko do tego, żeby katalogować i porządkować pewne fakty, budować historię dyscypliny, ale nie są potrzebne widzom do odbierania sztuki.

Jeśli znam ograniczoną ilość słów, to nie zrozumiem książki, która jest zbudowana z tych, których nie znam. Mój zarzut wobec systemu edukacji dotyczy właśnie tego, że nikt nie uczy nas języka kina: znaczenia montażu, historii, sięgania do innych dzieł danego twórcy, kontekstów.

Do obejrzenia i przeżycia filmu nie potrzebuje Pan żadnej z wymienionych rzeczy. Piszę o tym w mojej książce „Kinopassana. Sztuka oglądania filmów”. Wierzę, że każdy widz, niezależnie od tego, jak jest przygotowany, czy to jest piąty obejrzany przez niego, czy tysięczny film, ma te same szanse na kontakt z magią kina. To założenie oznacza też, że każdy widz tak naprawdę ogląda inny film. I żaden z nich nie jest ani lepszy, ani gorszy.


tomasz_raczek_02


Erudyta i znawca kina, Tomasz Raczek, może obejrzeć film razem z niewykształconym sprzedawcą mięsa i to będzie równorzędny odbiór kina?

Tak! Zarówno ten widz, który odbiera film wyłącznie na poziomie emocjonalnym, a więc nie odnotowuje nawiązań, cytatów; jak i ten, który zna wszystkie konteksty, ma możliwość pełnowartościowego odbioru filmu. Film wyświetlany na ekranie stanowi bowiem tylko 50% przeżycia. Pozostała połowa zależy od nas samych: naszej wrażliwości, stanu zdrowia, emocji danego dnia, od miejsca, w którym oglądamy film, tego, z kim go oglądamy i naszej osobistej historii. To my sami reżyserujemy tę drugą połowę. Możemy uczynić ją ważną lub zmarnować tę szansę.

Dalej będę bronił tezy, że wiedza o kinie pozwala pełniej i lepiej odebrać film. Mając większą wiedzę, więcej widzimy.

Nie zgadzam się. Erudycja ma charakter pasywny – dopiero gdy zostanie twórczo wykorzystana, staje się wartością i daje energię. Dlatego moim zdaniem mniej ważne jest, z czym przychodzimy do kina, a ważniejsze – co z tym, co zobaczyliśmy, zrobimy po zakończeniu seansu. Przeprowadziłem po filmach tysiące dyskusji i wiem, że ludzie wykształceni, zakleszczeni w swojej wiedzy, często odbierają film schematycznie, w sposób sformatowany przez swoje wcześniejsze doświadczenia, tymczasem bywa, że widzowie, którzy zastrzegają, że „nie znają się na filmie”, trafiają swoją intuicją w sedno, jak dzieci. Jednak niezależnie od tego, kto bierze udział w rozmowie, zawsze pojawia się głos wskazujący na jakiś ważny, ciekawy aspekt, którego nie dostrzegłem. Bywa, że to są spostrzeżenia, które pozwalają zupełnie inaczej spojrzeć na film. Czasami mam ochotę krzyknąć „Eureka!”, a sam nigdy bym tego nie dostrzegł. Na film nakładamy swoje doświadczenia i to one bywają kluczowe w jego odczytaniu. A że każdy ma różną sumę doświadczeń, w praktyce oglądamy różne filmy. Pamiętajmy, że mówimy cały czas o odbiorze kina, a nie o profesjonalnej krytyce filmowej.

Więc porozmawiajmy o krytyce.

Tu optyka zmienia się diametralnie.

Zmienia?

Zupełnie. Nie mówimy teraz o widzu – odbiorcy, ale o krytyku, który oprócz tego, że ogląda film, to później musi umieć sformułować i interesująco przekazać swoją ocenę. To, o czym Pan mówi, ta potrzeba znajomości alfabetu kina, ma zastosowanie wobec ludzi, którzy zajmują się filmami zawodowo. Szczególnie tych, którzy piszą o filmie. Jestem ostrożny w używaniu określenia „krytyk filmowy”, bo moim zdaniem dzisiaj prawdziwych krytyków już prawie nie ma.

Tomasz Raczek: prawdziwych krytyków już nie ma.

Są wyjątki, bardzo nieliczne grono. Potrafię policzyć na palcach osoby piszące po polsku, które można nazwać krytykami. W większości to po prostu recenzenci lub dziennikarze filmowi.

Katarzyna Czajka, jedna z najbardziej poczytnych blogerek kulturalnych, mówi o dziennikarzach opinii filmowej.

I to nie są krytycy. Krytykiem był Zygmunt Kałużyński – dla mnie wzorzec metra w dziedzinie krytyki filmowej. Posiadał ogromną erudycję, silną osobowość i błyskotliwe pióro; nie bał się wygłaszać poglądów wbrew wszystkim. A krytyk nie może być tchórzem. Nie może przemilczać idącej pod prąd opinii tylko dlatego, że obawia się, iż może mu ona zaszkodzić. No i najważniejsze: krytyk nie może łączyć swojej pracy z zawodem dziennikarza filmowego.

Przecież Pan podejmował takie próby.

Podejmowałem i dlatego wiem, że to jest niewykonalne. Zresztą wciąż próbuję, choć wiem, że to kwadratura koła. Nie mogę najpierw z nieskrępowaną dezynwolturą pisać o filmie, a później zabiegać o wywiad z aktorami, którzy w nim zagrali. W większości przypadków skrytykowani twórcy będą się czuć urażeni i dotknięci. Kolejna sprawa: osobiste relacje krytyka z reżyserami i aktorami są niedopuszczalne.

Świat filmowy, zwłaszcza świat filmowy w Polsce, jest bardzo mały. Każdy zna każdego.

Kiedy pracowałem w „Polityce” jako krytyk teatralny, popełniłem sztubacki i jednocześnie kardynalny błąd: przyjmowałem zaproszenia na bankiety, które organizowano z okazji premier. Tam wódka, bratanie się z aktorami, z reżyserem… Dla przykładu: aktor zwierzył mi się, że w trakcie prób przedstawienia zmarł mu ojciec, przeżywa traumę, cud, że do premiery w ogóle doszło. I jak później mam napisać o jego roli, jeśli została zagrana w sposób karygodnie zły?

Jak?

Dylemat jest taki: czy napisać, że to była zła rola w złym przedstawieniu, co powinienem zrobić jako uczciwy krytyk; czy skłamać lub to przemilczeć? To drugie rozwiązanie, omijanie ważnych wątków, byłoby poniżej mojej godności. Ale też nie chcę być świnią, która najpierw z kimś spędza dobry, serdeczny czas, a później pisze coś, co może przekreślić człowiekowi karierę. Te dylematy były nie do rozwikłania. Ale dzięki nim w końcu zrozumiałem wagę zasady, że krytykowi nie wolno pozostawać w osobistych relacjach z ludźmi, których pracę ocenia.

Obawiam się, że jest Pan w tej prawdzie dość osamotniony.

Kiedy mówię o tym młodym krytykom, ludziom w Pana wieku, to oni patrzą na mnie jak na idiotę. Dla nich jedną z największych atrakcji związanych z wykonywaniem tego zawodu jest właśnie wejście w środowisko: zaproszenia na festiwale, wywiady, wspólne drinki. Można być „na Ty” z Januszem Gajosem. Niestety, w ten sposób ci młodzi odbierają sobie to, co jest w zawodzie krytyka najważniejsze.

Czyli?

Czyli nieskrępowaną, rzetelną możliwość wyrażania opinii o filmie.

Mówimy o niezależności, wyszliśmy od wiedzy.

Do odbierania filmu wiedza nie jest potrzebna, ale do pisania o filmie – jest konieczna. I tu znów pojawia się postać Zygmunta Kałużyńskiego, który był erudytą i humanistą o bardzo szerokich horyzontach. Wracam do tego, czego Pan oczekuje od odbiorcy, a czego moim zdaniem powinien Pan spodziewać się od zawodowego krytyka. Żeby dobrze pisać o filmie i umieć wskazać to, co w filmie jest najciekawsze, trzeba mieć wszechstronną wiedzę ogólną. Nie filmoznawczą, bo ta przychodzi z czasem. Potrzebna jest wiedza z historii sztuki, muzyki, filozofii, literatury, religii, nawet wiedza technologiczna. Pokażę Panu bibliotekę Zygmunta Kałużyńskiego…


tomasz_raczek_03


Możliwie szeroką wiedzę powinien mieć każdy. Niezależnie od tego, czym się zajmuje.

Na tak dużą skalę to niemożliwe. Zygmunt Kałużyński nie zajmował się niczym innym – tylko czytał, oglądał, słuchał, a potem o tym pisał i mówił. Nie każdy może sobie na to pozwolić. Właśnie dlatego tak ważna jest rola popularyzatorów, a więc ludzi, którzy potrafią zgromadzoną wiedzą dzielić się z innymi w przystępny sposób.

Zygmunt Kałużyński był Pana mistrzem. Autorytetem.

Stał się nim. Zaczęło się niewinnie. Niezwykle ceniłem w nim to, że zawsze miał inne zdanie niż wszyscy. Ze mną było podobnie, bo od zawsze wiedziałem, że w każdej sprawie będę należał do mniejszości. Spotkaliśmy się, kiedy byłem na pierwszym roku studiów. Okazało się, że Zygmunt nie tylko nie zgadza się z innymi, ale lubi, kiedy ktoś nie zgadza się z nim samym. Moim zdaniem to kolejny aspekt jego wyjątkowości. Wybrał mnie na swojego oponenta, partnera do dyskusji. Z czasem stał się dla mnie autorytetem. Im bardziej go poznawałem, tym większym.

Dzisiaj relacja „mistrz i nauczyciel” to relikt przeszłości. Wszyscy na tym tracimy.

Proszę zobaczyć, jak uczciwie postawiłem tu akcent. To nie ja wybrałem Zygmunta.

Zygmunt Kałużyński wybrał Pana?

Tak, był taki moment. To Zygmunt wybrał mnie. I to jest kolejny obowiązek tych, którzy otrzymali więcej: powinni znaleźć kogoś, komu mogą to przekazać. Dzisiaj mamy na tym polu olbrzymie zaniechania.

Pan już kogoś wybrał?

Ciągle się rozglądam.

Wielu dziennikarzy i wielu blogerów pisze o filmach w wyniku współpracy z dystrybutorem.

Nie chcę tego zjawiska określać mocnymi wyrazami, ale to nie ma nic wspólnego z krytyką filmową.

Dystrybutorzy nie próbowali ingerować w treść „Filmu”, kiedy był Pan naczelnym?

Było trudno pozyskać reklamodawców. Niektórzy dystrybutorzy owszem, bardzo chcieli reklamować się w piśmie, ale jednocześnie byli zainteresowani tym, jaka opinia na temat filmu pojawi się na łamach. Kiedy mówiliśmy, że to niemożliwe, rezygnowali z reklamy. Błędne koło.

Dystrybutor mówi „proszę o pozytywną recenzję, a w zamian reklama za określoną kwotę”? Już nie pytam o „Film”, o mechanizm w ogóle.

Czasami bardziej, czasami mniej dosłownie. Nigdy nie jest tak, że to odbywa się wprost. Media dostają zamówienie, najczęściej z działu marketingu, żeby zrobić materiał o filmie, którym normalnie może by się nie interesowały. Bywa, że w redakcjach w powietrzu wisi intuicyjna wiedza, że nie wolno psuć relacji z konkretnym dystrybutorem. To wszystko jest katastrofalne w skutkach, bo dziennikarz nie pisze tego, co myśli, ani tego, jak jest. Musi zakrzywiać rzeczywistość, żeby zadowolić dystrybutora.

Dziennikarz podpisuje się pod recenzją. Daje nazwisko.

Owszem, ale za spolegliwość zawodową są nagrody. Zadowolony producent lub dystrybutor może w nagrodę wysłać niestawiającego się i niegrymaszącego dziennikarza do Anglii lub do USA na przykład na piętnastominutowy wywiad z Julią Roberts, podczas jej obowiązkowego „dnia dla mediów”, gdy wykonuje ona zapisane w kontrakcie obowiązki względem promocji nowego filmu. Te spotkania najczęściej odbywają się przy stoliku, gdzie siedzi czterech dziennikarzy z różnych krajów, materiał traktują jako wspólny, każdy z nich ma do niego prawo. Ale skoro dystrybutor decyduje o tym, komu kupić bilet na samolot i wysłać do LA na kawę z Julią Roberts, to jasne jest, że taką szansę otrzymają przede wszystkim ci, którzy dają gwarancję przychylności.

Dystrybutor jest szczęśliwy, a dziennikarz spełnił marzenie.

Tak. Jeśli dziennikarz sprawnie zrealizuje taki materiał, to będzie mógł opublikować trzy wywiady z Julią Roberts w trzech różnych kolorowych pismach. Nazwisko rośnie. No i jest wspólne zdjęcie z Julią do wstawienia na Facebooku. Ale to zamyka takiemu dziennikarzowi drogę do zawodu krytyka filmowego. Marketing jest największym wrogiem krytyków.

Między innymi dzięki marketingowi kino jest dzisiaj tak popularne. Zostało wymyślone jako przemysł, jako produkt!

Nie, proszę Pana, kino zostało wymyślone jako wynalazek techniczny i rozrywka. Dopiero później pojawił się pomysł, że z kina można uczynić przemysł, a zrobili to w dużej mierze polscy Żydzi, którzy wyjechali do Stanów Zjednoczonych z Radomia, Łodzi, Suchej Beskidzkiej. Świetnie opisuje to książka „Pollywood” Andrzeja Krakowskiego. Siła kina bierze się z jego umiejętności natychmiastowego wykorzystywania najnowszych technologii, dostępności i powszechności. Istotnie, marketing ten przemysł wspiera, ale to nie zmienia faktu, że jest on największym wrogiem współczesnej sztuki.

Czuję, że Pan na słowo „marketing” ma alergię.

Bo zależy mi na wartości i na jakości! A cel marketingu jest dokładnie odwrotny: sprzedać NIEZALEŻNIE od wartości. Nie jest ważne, czy dana produkcja jest warta określonych pieniędzy, nie jest ważne, czy to jest dobry produkt. Ważne, że rośnie sprzedaż biletów. Zadanie krytyka polega na tym, że ma powiedzieć ludziom, co jest dobre, a co złe i dlaczego. Ma przestrzegać przed produktami złej jakości!

„Film” przestał się ukazywać. Pan powiedział, że jeśli chce powiedzieć coś ważnego, mocnego, to publikuje na swoim prywatnym profilu na Facebooku, a nie na stronach podmiotów, z którymi Pan współpracuje.

Bo tu mam pełną wolność i nikt nie powie mi, że to jego pieniądze, więc ma prawo życzyć sobie tego czy czegoś innego. Nie cierpię zmieniania tytułów w moich tekstach i sprowadzania ich w ten sposób do poziomu żałośnie trywialnego. A tak się dzisiaj w mediach dzieje i dziennikarz nie ma nad tym prawie żadnej kontroli.

Krytyk z Pana pozycją może sobie na to pozwolić. Niestety, proza życia i potrzeba uzupełnienia lodówki sprawia, że ludzie takiej niezależności nie posiadają.

Ale moja lodówka również wymaga uzupełnienia! Mam rachunki. Pozycja pozycją, a kredyt kredytem.

Więc krótko: czy krytyk może żyć z pisania o filmie?

Moja krótka odpowiedź: nie.

To przykra odpowiedź.

Przykra, ale nie nowa. Bywało w historii, że na przykład wielcy pisarze zarabiali na życie, zajmując się czymś kompletnie innym. Juliusz Słowacki pracował w banku. Franz Kafka w urzędzie miejskim, czego zresztą szczerze nienawidził. Niestety, relacje kapitalistyczne to jest także forma cenzury. Redakcje potrzebują sponsorów, a sponsorzy nie chcą płacić za uczciwe recenzje, tylko za recenzje pochlebne. Odbiorcy powoli przyzwyczajają się, że w dobie powszechnego nadmiaru wszystkiego nic nie jest tak wiele warte, by nie można tego mieć za darmo. Żyjemy w epoce inflacji wartości i dotyczy to także kultury.


„Kinopassana. Sztuka oglądania filmów” to nowa książką Tomasza Raczka.
Autor proponuje, by zamiłowanie do oglądania filmów wykorzystać dla poprawienia relacji z innymi ludźmi, a także do odkrywania prawdy o sobie. Można to robić na poważnie i podczas zabawy.

Halo.Człowiek to cykl sześciu długich rozmów o wartościach. Z jednej strony to portrety osób, które mają wyraźny wpływ na życie publiczne w Polsce, z drugiej próba opisania zmieniającego się społeczeństwa. Projekt zakończy publikacja książki, do której trafią wywiady poszerzone o treści niepublikowane na blogu. Każdemu z wywiadów towarzyszą zdjęcia Agnieszki Wanat.

b_dol_b_ML

{social-facebook-like}