Mówią: "Szukajcie, a znajdziecie". Powodzenia!

Sky is not the limit

W świecie pełnym ograniczeń chcemy wierzyć, że możemy wszystko. Ulegamy iluzji, że sky’s the limit, by chwilę później zderzyć się z całkiem przyziemną ścianą rozczarowań. W panteonie bóstw, przed którymi kłania się współczesność, nasze ego wciąż ma się dobrze. Zbyt dobrze.

Jestem daleki od opinii, że sukces – sam w sobie – jest rzeczą złą. Nie pochwalam bierności, nie krytykuję marzeń. Jednak nieustanie spotykam ludzi rozczarowanych rzeczywistością. Cierpią, bo świat nie oddał im tego, co – jak sami sądzą – powinni już dawno otrzymać. Czasami, mimo potencjału, który w nich drzemie, rezygnują. Bywa, że oskarżają złe fatum, miejsce, okoliczności lub innych.

Łączy ich uzależnianie szczęścia od rzeczy, na które nie mają wpływu: stanu posiadania, uznania, wyników. Żadne inne czasy nie akcentowały siły sprawczej naszych decyzji tak jak obecne. Kuszeni wizją świata leżącego u naszych stóp, chcemy więcej i więcej. Przede wszystkim więcej od innych.

Złe definicje

To perspektywa o tyle szkodliwa, że unieszczęśliwia nas podwójnie. Doskwierają nam nasze własne braki, a dodatkowo dotykają sukcesy osób, które uznaliśmy za ważne. I nie jest to kwestia ani taniej zazdrości, ani małostkowej oceny innych. Rzecz w tym, że kiedy pragniemy określonego statusu (materialnego, społecznego), inni stają się punktem odniesienia. Nie musimy życzyć im źle, nie musimy żywić niechęci. Ich posiadanie obnaża naszą własną pulę deficytów – to doskwiera i boli.

Dla przykładu: jeśli ktoś poczucie spełnienia uzależnia od uznania innych, choćby w wąskim zawodowym środowisku, będzie chorobliwie koncentrował się na tym, aby to uznanie najpierw zyskać, a później utrzymać. Kiedy pojawia się osoba, o której mówi się i więcej i lepiej, iluzja szczęścia pryska, a poprzeczka niezaspokojonych potrzeb zostaje podniesiona.

Krótka droga donikąd, bo zawsze będzie nam brakować o tyle, o ile ktoś posiada więcej. Zresztą, jak ustalić granicę posiadania, od której zaczyna się szczęście?

Efekt poza kontrolą

Drugi, może poważniejszy problem, to koncentracja na efekcie. Tak długo jak nie udaje nam się zrealizować naszego pragnienia, tak długo czujemy się źle. Niezależnie od włożonej pracy i zainwestowanych zasobów. Tymczasem efekt nie zależy od nas, bo nigdy nie mamy wpływu na bezpośredni wynik naszych działań.

Wydaje się, szczególnie dzisiaj, że to mocno karkołomna teza . Wystarczy jednak przykład, a broni się sama. Bliska koszula ciału, więc posłużę się przestrzenią, która leży w obrębie moich własnych zainteresowań – wybaczcie toporność historii. Zawodnik, który wchodzi na ring chce wygrać, zyskać nie tylko przewagę nad przeciwnikiem, ale również uznanie publiczności. Zależy mu na określonej opinii i przychylności osób, od których zależą kolejne kontrakty. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że zwycięstwo to większe wynagrodzenie i prestiż.

Niezależnie od tego, czy suma tych pragnień motywuje, czy tworzy szkodliwą presję, to leżą one poza strefą wpływów. Może się okazać, że przeciwnik będzie skuteczniejszy. Pojawi się kontuzja, zabraknie szczęścia lub przychylności sędziów. Nawet jeśli wygra, to rywal swoją determinacją porwie tłum, zyska uznanie. Koniec końców walka może zostać odwołana. Pomiędzy działaniem, a wynikiem pojawia się szereg mniej lub bardziej realnych elementów, które pozostają dalece poza naszą kontrolą. Trudno tu o pretensje – rzeczywistość zorganizowana jest właśnie w taki sposób.

Łatwo o wniosek, że to pierwszy krok do gloryfikacji bierności. Tyle, że brak wpływu na efekt finalny to jeszcze nie brak wpływu w ogóle. O ile wynik leży dalece poza naszą kontrolą, to nasze nastawienie i podejmowane działania są tą przestrzenią, gdzie jesteśmy kapitanem, sterem i okrętem.

W praktyce: zawodnik, który posłużył za przykład, nie ma bezpośredniego wpływu na wygraną, ale ma wpływ na swoją pracę, przygotowanie, przekraczanie wewnętrznych barier. W końcu określa własny system wartości, który determinuje jego wybory i zachowanie: czy chce być człowiekiem leniwym, czy pracowitym, wytrwałym, czy takim, którego cechuje słomiany zapał?

Nastawienie i działanie leży w strefie naszej kontroli. Co więcej, koncentracja tylko i wyłącznie na tym obszarze uwalnia nas od presji osiągnięć. Odkąd przestałem pisać tak, aby być lepszym od innych, bardziej rozważnym, bardziej w ogóle, a wybrałem pisanie dobre, takie, gdzie jestem lepszy od siebie z wczoraj, rozwój zyskał na dynamice. Praca nie obciąża mnie tak jak kiedyś, reakcje innych nie określają, a wynik jest efektem ubocznym. I przerasta moje własne oczekiwania.

Wynik

Nie jest też tak, że wynik pozbawiony jest znaczenia. Jest ważny, ale nie jako cel – święty Graal podejmowanych aktywności. Wynik weryfikuje wybory. Jest informacją zwrotną. Pozwala na stawianie sobie pytań: gdzie popełniam błędy, czego jeszcze muszę się nauczyć, co zaakceptować? Czy na pewno wartości, które wyznaję, są właściwe? Zawsze jest dobry, bo zawsze niesie ze sobą wiedzę, która pozwala iść dalej.

Jeden z moich bliskich przyjaciół jest uznanym gitarzystą. Grał u boku największych postaci muzycznego świata. W Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, Rosji, Japonii. Mimo doskonałych umiejętności, wieku i skali osiągnięć, codziennie poświęca grze kilka godzin. Ćwiczy. Podkreśla, że miara codzienności to zdolność do przekroczenia siebie. Zawodowo: przełamania bariery lenistwa i sięgnięcie po instrument. Pytany o swoje sukcesy odpowiada, że nie jest istotne co osiągnął, ale kim musiał się stać, aby było to możliwe.

 


Pośrednią inspirację do napisania powyższego stanowił świetny blog Riennahery i rozmowy z Martą. Bardzo polecam. Również nie wierzę w pokolenie 2-tys. zł. brutto.

{social-facebook-like}