01012015_szczur

Sky is not the limit

W świecie pełnym ograniczeń chcemy wierzyć, że możemy wszystko. Ulegamy iluzji, że sky’s the limit, by chwilę później zderzyć się z całkiem przyziemną ścianą rozczarowań. W panteonie bóstw, przed którymi kłania się współczesność, nasze ego wciąż ma się dobrze. Zbyt dobrze.

Jestem daleki od opinii, że sukces – sam w sobie – jest rzeczą złą. Nie pochwalam bierności, nie krytykuję marzeń. Jednak nieustanie spotykam ludzi rozczarowanych rzeczywistością. Cierpią, bo świat nie oddał im tego, co – jak sami sądzą – powinni już dawno otrzymać. Czasami, mimo potencjału, który w nich drzemie, rezygnują. Bywa, że oskarżają złe fatum, miejsce, okoliczności lub innych.

Łączy ich uzależnianie szczęścia od rzeczy, na które nie mają wpływu: stanu posiadania, uznania, wyników. Żadne inne czasy nie akcentowały siły sprawczej naszych decyzji tak jak obecne. Kuszeni wizją świata leżącego u naszych stóp, chcemy więcej i więcej. Przede wszystkim więcej od innych.

Złe definicje

To perspektywa o tyle szkodliwa, że unieszczęśliwia nas podwójnie. Doskwierają nam nasze własne braki, a dodatkowo dotykają sukcesy osób, które uznaliśmy za ważne. I nie jest to kwestia ani taniej zazdrości, ani małostkowej oceny innych. Rzecz w tym, że kiedy pragniemy określonego statusu (materialnego, społecznego), inni stają się punktem odniesienia. Nie musimy życzyć im źle, nie musimy żywić niechęci. Ich posiadanie obnaża naszą własną pulę deficytów – to doskwiera i boli.

Dla przykładu: jeśli ktoś poczucie spełnienia uzależnia od uznania innych, choćby w wąskim zawodowym środowisku, będzie chorobliwie koncentrował się na tym, aby to uznanie najpierw zyskać, a później utrzymać. Kiedy pojawia się osoba, o której mówi się i więcej i lepiej, iluzja szczęścia pryska, a poprzeczka niezaspokojonych potrzeb zostaje podniesiona.

Krótka droga donikąd, bo zawsze będzie nam brakować o tyle, o ile ktoś posiada więcej. Zresztą, jak ustalić granicę posiadania, od której zaczyna się szczęście?

Efekt poza kontrolą

Drugi, może poważniejszy problem, to koncentracja na efekcie. Tak długo jak nie udaje nam się zrealizować naszego pragnienia, tak długo czujemy się źle. Niezależnie od włożonej pracy i zainwestowanych zasobów. Tymczasem efekt nie zależy od nas, bo nigdy nie mamy wpływu na bezpośredni wynik naszych działań.

Wydaje się, szczególnie dzisiaj, że to mocno karkołomna teza . Wystarczy jednak przykład, a broni się sama. Bliska koszula ciału, więc posłużę się przestrzenią, która leży w obrębie moich własnych zainteresowań – wybaczcie toporność historii. Zawodnik, który wchodzi na ring chce wygrać, zyskać nie tylko przewagę nad przeciwnikiem, ale również uznanie publiczności. Zależy mu na określonej opinii i przychylności osób, od których zależą kolejne kontrakty. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że zwycięstwo to większe wynagrodzenie i prestiż.

Niezależnie od tego, czy suma tych pragnień motywuje, czy tworzy szkodliwą presję, to leżą one poza strefą wpływów. Może się okazać, że przeciwnik będzie skuteczniejszy. Pojawi się kontuzja, zabraknie szczęścia lub przychylności sędziów. Nawet jeśli wygra, to rywal swoją determinacją porwie tłum, zyska uznanie. Koniec końców walka może zostać odwołana. Pomiędzy działaniem, a wynikiem pojawia się szereg mniej lub bardziej realnych elementów, które pozostają dalece poza naszą kontrolą. Trudno tu o pretensje – rzeczywistość zorganizowana jest właśnie w taki sposób.

Łatwo o wniosek, że to pierwszy krok do gloryfikacji bierności. Tyle, że brak wpływu na efekt finalny to jeszcze nie brak wpływu w ogóle. O ile wynik leży dalece poza naszą kontrolą, to nasze nastawienie i podejmowane działania są tą przestrzenią, gdzie jesteśmy kapitanem, sterem i okrętem.

W praktyce: zawodnik, który posłużył za przykład, nie ma bezpośredniego wpływu na wygraną, ale ma wpływ na swoją pracę, przygotowanie, przekraczanie wewnętrznych barier. W końcu określa własny system wartości, który determinuje jego wybory i zachowanie: czy chce być człowiekiem leniwym, czy pracowitym, wytrwałym, czy takim, którego cechuje słomiany zapał?

Nastawienie i działanie leży w strefie naszej kontroli. Co więcej, koncentracja tylko i wyłącznie na tym obszarze uwalnia nas od presji osiągnięć. Odkąd przestałem pisać tak, aby być lepszym od innych, bardziej rozważnym, bardziej w ogóle, a wybrałem pisanie dobre, takie, gdzie jestem lepszy od siebie z wczoraj, rozwój zyskał na dynamice. Praca nie obciąża mnie tak jak kiedyś, reakcje innych nie określają, a wynik jest efektem ubocznym. I przerasta moje własne oczekiwania.

Wynik

Nie jest też tak, że wynik pozbawiony jest znaczenia. Jest ważny, ale nie jako cel – święty Graal podejmowanych aktywności. Wynik weryfikuje wybory. Jest informacją zwrotną. Pozwala na stawianie sobie pytań: gdzie popełniam błędy, czego jeszcze muszę się nauczyć, co zaakceptować? Czy na pewno wartości, które wyznaję, są właściwe? Zawsze jest dobry, bo zawsze niesie ze sobą wiedzę, która pozwala iść dalej.

Jeden z moich bliskich przyjaciół jest uznanym gitarzystą. Grał u boku największych postaci muzycznego świata. W Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, Rosji, Japonii. Mimo doskonałych umiejętności, wieku i skali osiągnięć, codziennie poświęca grze kilka godzin. Ćwiczy. Podkreśla, że miara codzienności to zdolność do przekroczenia siebie. Zawodowo: przełamania bariery lenistwa i sięgnięcie po instrument. Pytany o swoje sukcesy odpowiada, że nie jest istotne co osiągnął, ale kim musiał się stać, aby było to możliwe.

 


Pośrednią inspirację do napisania powyższego stanowił świetny blog Riennahery i rozmowy z Martą. Bardzo polecam. Również nie wierzę w pokolenie 2-tys. zł. brutto.

  • A ja lubię historie „ludzi niesukcesu”, choć nazywając ich tak, już czuję, że ich zdradzam. Tak, wielu z nich popełniło błędy, niektórzy całkiem masywne, karygodne. Ich naprawa trwa czasem całe życie. Inni kroją po prostu tak, jak staje materiału, bo nie każdy otrzymał tyle samo talentów. Jeszcze inni gdzieś po drodze się poddali. Paradoksalnie, to do nich mam największą słabość.

    Dość metodycznie piszesz o wyniku, o tym, że to sprawdzian naszego działania. A co, jeśli wynik pozostaje ten sam, niezależnie od naszych usiłowań? Albo, co gorsza, aby jakoś go ruszyć, potrzeba by zmienić jakieś fundamentalia, absolutnie dla nas nie do ruszenia? Pozostają wówczas trzy rzeczy: „ryba i moje ręce”.

  • Piękny, mądry tekst. Właśnie czegoś takiego dzisiaj potrzebowałam :) Dzięki!

  • Sky is the limit to forma nastawienia. Mi osobiście daje energię do działania. Jeśli się nie uda – próbowałem, nie będę żałował, że nie zaryzykowałem.

  • Dawno temu, zafascynowana „Twierdzą” Saint-Exupery’ego wyryłam sobie w głowie, iż:
    „Liczy się droga, a nie cel, który jest złudzeniem wędrownika”.
    Realizowanie celu, osiągnięcia i sukcesy są ważne. Wszystko można osiągnąć. Tylko nie wszystko na raz. Nie za wszelką cenę. Czasem większa frajda płynie ze „zwyczajnego” chodzenia niż z samego dojścia ;)

  • „Miara codzienności to zdolność do przekroczenia siebie” – b. ważne.

    Aha i za każdym razem, gdy sądziłem, że tym razem już faktycznie niebo jest limitem, dość szybko potykałem się na czymś, co leży pod stopami.

  • Dobry, dający do myślenia tekst.

  • Bardzo ważny tekst. Przynajmniej dla mnie. Ja właśnie przełamuje barierę lenistwa i sięgam po aparat. Mam nadzieje, że uda mi się wrócić do radości fotografowania.

  • No właśnie! Proces, proces, proces. Jeśli ceni się drogę, to sama wędrówka już jest pięknie spełnionym celem. A z tym porównywaniem siebie do innych jako miarą własnych sukcesów to bardzo ciężka sprawa. Myślę, że potrzeba wielkiej dojrzałości, by tego nie robić. Albo by z tego wyrosnąć, bo na początku człowiek poprzez obserwowanie innych definiuje sobie sukces. „Odkąd przestałem pisać tak, aby być lepszym od innych, bardziej
    rozważnym, bardziej w ogóle, a wybrałem pisanie dobre, takie, gdzie
    jestem lepszy od siebie z wczoraj, rozwój zyskał na dynamice”- pozwól, że przepiszę sobie do pamiętniczka ;)

  • Ostatnio kołacze mi się po głowie myśl czy to nie czas, aby zaprzestać blogowania. Bloguję już dość długo i myślę, że jeślibym miała osiągnąć jakiś sukces to już by się to stało. Potem myślę, że sukces jest dla wytrwałych.
    Ps. Nie miałam odwagi by podejść na Blogowigilii ;-)

    • Ten brak odwagi absolutnie niepotrzebny. Mam nadzieję, że przy kolejnej okazji uda nam się porozmawiać.

  • Sama nie wiem co myśleć o tym co napisałeś. Zastanawiam się i muszę przyznać, że kłóci mi się to z moim podejściem do życia – zawsze silnie nastawiona na cel realizowałam wyzwania. Dopiero gdy spojrzę na to przez pryzmat tego jak wychowuję i co mówię swoim dzieciom, moja opinia ulega zmianie. Zawsze im powtarzam, że w życiu chodzi o to, by to co się robi robić na 100% reszta jest nieważna. Jeśli będą mieli świadomość, że zrobili to najlepiej jak potrafili i włożyli w to maksimum zaangażowania to bez względu na wynik są zwycięzcami.

    Chyba po prostu wszystko zależy od osoby i i przede wszystkim od tego czego się podejmuje.

  • W ogóle jeśli skupiamy sie na wyniku, to odciągamy swoją uwagę i energię od tego co jest najważniejsze. Ostatnio widziałem wywiad z poczatkujacym muzykiem, który uczestniczył w jednym z talent show, na pytanie o cel, odpowiedział, że chce być znany. Ale przeciez znany może być pokazując genitalia w telewizii… przez to szuka sposobów na bycie znanym, zamiast tworzyć i stawać się coraz lepszym muzykiem.

  • Napisałeś coś bardzo niepopularnego wobec lansowanej wszędzie wiary, że wystarczy chcieć. I że spełnienie wszystkich marzeń jest na wyciągniecie ręki. Bo właśnie nie jest.
    Tak rzadko mówi się o procesach, o etapach i przede wszystkim o kosztach osiąganych celów. I o tym, że czasem po postu z różnych powodów coś się nie udaje.
    A mimo to warto angażować się z całego serca we wszystko, co robimy. Bo to właśnie pasja jest czymś, co nas kształtuje i zmienia. To próby, porażki i małe kroki naprzód stanowią treść naszego życia. A radość z tego, co się robi jest największym sukcesem :)

    • Świetne dopełnienie świetnego tekstu :)

    • Sama wiara w to, że „wystarczy chcieć” nie jest problemem. Problemem jest skupienie się w obecnych czasach na wyłącznym promowaniu głośnych sukcesów, z jednoczesnym całkowitym pominięciem drogi, która była potrzebna, aby je osiągnąć. A sukces to nie jest jedno głośne wydarzenie, o którym wszyscy mówią, tylko bardzo często wieloletnie, codzienne wykonywanie malutkich zadań jedno po drugim.

      Podobnie jest z budową domu. Wszyscy widzą gotowy budynek i chwalą, ale nikt nie widzi, że budowaliśmy go każdego dnia, przez kilka długich lat. Niestety prawda jest zbyt nudna, żeby była mogła być ciekawa i żeby dało się ją dobrze się sprzedać.

  • Nie ważne są nasze osiągnięcia ale to kim jesteśmy. Dzięki temu przestajemy być kolekcjonerami umiejętności a stajemy się ludźmi którzy mogą służyć swoim zawodem. Dziękuję za ten tekst.