Mówią: "Szukajcie, a znajdziecie". Powodzenia!

Trzy wektory odpowiedzialności

Od kolejnej osoby słyszę, że Budapeszt nigdy nie był tak solidarny jak teraz. Węgrzy nie są narodem gotowym do zrywów, nie lubią zmian. To, co się wydarzyło, jest nowe i unikalne. Zetknięcie się z cierpieniem twarzą w twarz zmienia.

Aniko Bakonyi z Węgierskiego Komitetu Helsińskiego konsekwentnie unika słowa „uchodźcy”. Mówi „ubiegający się o azyl” . Podkreśla, że Serbia nie jest bezpiecznym krajem. Pytana o statystyki, odpowiada szybko i konkretnie. To tutaj dowiadujemy się o niebieskich billboardach, na których czytamy m.in: „Jeśli przybywasz na Węgry, nie możesz odbierać Węgrom pracy”. Skierowano je do tych, którzy przekroczyli granicę, również do mnie. Ale ja nie rozumiem – nie znam węgierskiego.

Kiedy proszę o prywatną opinię, Aniko jest powściągliwa. Minie chwila, nim zdejmie mundur chłodnego profesjonalizmu. Wtedy słyszymy o nieobecnym Węgierskim Czerwonym Krzyżu, rządzie wykorzystującym kryzys do gry politycznej, o morderczym wysiłku wolontariuszy. I o publicznej telewizji, z której wyciekł zakaz publikacji zdjęć kobiet i dzieci. Wychodząc, mijamy w korytarzu arabską rodzinę.

Aktywiści

Tamas prosi, żeby nie podawać jego prawdziwego imienia. Jest aktywistą, jednym z autorów bloga kettosmerce.blog.hu. Spotykamy się w hipsterskiej kawiarni, 15 minut spacerem od dworca Keleti. Fritz-Cola, Yerbata, John Lemon. Budapeszt żyje swoim rytmem. Dowiadujemy się, że rząd nie udziela żadnej pomocy humanitarnej, a więc całość spoczywa na barkach wolontariuszy. W Budapeszcie działają dwie zorganizowane grupy – MigrationAid i MigSzol. Informacjami wymieniają się na Facebooku. Wsparcie to żywność, koce, odzież, pomoc medyczna, obecność tłumaczy, zabawa z dziećmi.

Obiecaliśmy zabrać na Węgry strach, którym żyjemy w Polsce, więc pytam o akty agresji i starcia z policją.
Nie pamiętam. Być może dochodziło do starć, ale nie byłem ich świadkiem. Protestowano tylko raz, kiedy pociąg, który miał jechać do Austrii, zawiózł ludzi do zamkniętego obozu. Ale oni protestują inaczej niż Europejczycy. Tworzyli zamknięte kręgi, skakali, krzyczeli i śpiewali. Mówili: „Chcemy do Niemiec”.

Jeśli nie policja, to grupy narodowe. Dopytuję, ale Tamas nie wydaje sądów. Podkreśla, że może podzielić się tylko tym, co widział. A widział, jak kilkuosobowa grupa neonazistów dotarła na dworzec Keleti. Wolontariusze ostrzegli koczujących na dworcu migrantów, a ci uspakajali się wzajemnie. Jedni prosili drugich, żeby nie reagować. Skutecznie.

Historia brzmi na tyle nierealnie, że próbuję zweryfikować ją wśród policjantów, którzy służą na dworcu. Większość odsyła nas do biura prasowego, inni mówią, że przez większość czasu było spokojnie.

Tamas wspomina o schroniskach, gdzie migranci mogą skorzystać z zaplecza sanitarnego, odpocząć i przenocować. Kiedy na Węgrzech wejdzie nowe prawo (zostało już przyjęte przez parlament), ich obecność w tych miejscach będzie nielegalna – dlatego adresy są ukrywane. Po 10 minutach docieramy do jednego z nich. Hipisowska komuna: duży ruch, kobiety z dziećmi, każdy zna każdego. Na podwórku ktoś maluje meble. Przez chwilę myślę, że chciałbym zostać tu na stałe.

W kawiarni na piętrze wita nas Eshter. To ona organizuje konwój, który wieczorem zabierze nas na granicę z Serbią. W schronisku rozmawiamy z Afgańczykiem, który na Węgrzech jest legalnie. Był nauczycielem, twierdzi, że pracował dla angielskiej armii. Teraz pomaga migrantom jako tłumacz.
Moi przyjaciele w Polsce boją się islamu, fundamentalizmu, który może przyjść tutaj z wami.
Dlaczego nie możemy żyć obok siebie? – pytanie jest retoryczne. – Mam tu wielu przyjaciół, oni wieczorem piją alkohol, ja nie. Rodzina, która teraz tu jest, śpi w miejscu, gdzie modlą się Żydzi. Dlaczego ja nie mogę iść do meczetu, a ty do swojej świątyni? My uciekamy przed tym, czego wy się boicie.
Imigranci z Afryki i Bliskiego Wschodu nie chcą się asymilować.
Uczę się języka, żeby znaleźć pracę. Chcę pracować z wami.

Nie zdążyliśmy poprosić o dokumenty, które mogłyby potwierdzić historię o służbie w wojsku. W schronisku pojawiła się rodzina, która potrzebowała pomocy.

Solidarność

W Keleti jest spokojnie. Na placu przed dworcem więcej dziennikarzy niż migrantów. Żółte taksówki zabierają turystów. Z tłumu wyławiam angielski, niemiecki, francuski. Europejska stolica z Burger Kingiem, McDonaldem i centrum handlowym. Dopiero zejście poziom niżej odsłania ułamek tego, co przeżywa Budapeszt. Wolontariusze (Węgrzy, Czesi, Słowacy, Niemcy) w białych rękawiczkach przebierają i segregują stosy ubrań. Razem z jedzeniem i lekami przynoszą je tu Węgrzy. Starszy Japończyk w garniturze myli nas z migrantami i chce poczęstować ryżem. Dworzec Keleti to ekosystem. Pomoc medyczna, dwa namioty z żywnością, miejsce, gdzie można skorzystać z Internetu i naładować telefon. Mur, na którym dzieci malują i piszą.


002


Od kolejnej osoby słyszę, że Budapeszt nigdy nie był tak solidarny jak teraz. Węgrzy nie są narodem gotowym do zrywów, nie lubią zmian. To, co się wydarzyło, jest nowe i unikalne. Zetknięcie się z cierpieniem twarzą w twarz zmienia. To właśnie dlatego organizacje pozarządowe boją się stref tranzytowych, które wprowadza administracja. Migranci znów znikną z oczu. I znów staną się problemem znanym tylko z Internetu.

Eshter dotarła na dworzec zaraz po nas. Rozdaje wodę stojącym w kolejce. Dominują mężczyźni, więc głos w mojej głowie reaguje bezwarunkowo: „Boże, więc jednak”. Sandor Lederer, współzałożyciel organizacji K-Monitor, zapewnia, że w Budapeszcie pojawiło się wiele rodzin. Bilety kolejowe migranci otrzymują za darmo. To jedyne wsparcie rządu. Ich dystrybucją zajmują się wolontariusze. Ci ostatni szukają migrantów nie tylko na dworcach, ale również wokół miasta. Tam odłączone grupy, które nie wiedzą, że mogą ruszyć dalej.

Granica wstydu

Po 22:00 w Rösz­ke jest już zupełnie ciemno. Lampy ekip telewizyjnych nie wystarczają. Po kilkunastu metrach gubimy Marcela, który przywiózł nas na miejsce. Dotarliśmy z konwojem wysłanym przez Eshter, ma on zabrać jedną rodzinę do Budapesztu.

Obóz w Rösz­ke różni się od tego w stolicy. Rozdeptane pole, z bardzo słabym zapleczem sanitarnym (kilka przenośnych toalet, brak bieżącej wody). Jeden namiot z żywnością, jeden z odzieżą. Oświetlam telefonem własne stopy. Pod nimi fragmenty ubrań, pojedyncze buty, opakowania, części namiotów. To tu trafiają ci, którzy dopiero przekroczyli granicę. Większość przychodzi sama, część dowozi policja. Dopiero stąd zostaną zabrani do obozów rejestracyjnych, gdzie muszą zostawić odciski palców.


002


Kiedy przyjeżdża autobus, przy drzwiach momentalnie tworzy się tłok. To ci, którzy zrozumieli, że mogą trafić do lepszego świata. Pozostali nie ufają Węgrom, boją się, że będą musieli wrócić do Serbii. W Rösz­ke nadzieja miesza się z lękiem.

Policja zachowuje się spokojnie i profesjonalnie. Jeśli funkcjonariusze podnoszą głos, to wtedy, kiedy muszą zapanować nad tłumem. Tłumacze i wolontariusze kompletują rodziny – nikt nie chce ich rozdzielać. Mimo to część migrantów panikuje. Dzieci przekazywane górą – w obce ręce, byle bliżej tych, którzy już w środku – krzyczą. Obok mnie, wśród zamieszania i zgiełku, do snu przygotowuje się dwóch chłopców. Mają siedem, może dziesięć lat.

W Rösz­ke pomoc medyczną zapewnia węgierski Caritas. Cztery namioty, kilku wolontariuszy, lekarze. Nie wchodzimy do środka. Rozmawiamy z dwójką koordynatorów, jeden z nich rzuca w trakcie rozmowy „Polak, Węgier, dwa bratanki” – jego żona pochodzi z Polski. Słyszymy, że w ciągu dnia jest spokojniej, problemy pojawiają się nocą, kiedy temperatura – jak teraz – spada do dziesięciu stopni. Pytamy o liczby.

Bardzo dużo. W nocy może pięćset osób, w dzień dwa razy tyle. Mężczyźni, kobiety, dzieci. Najmniej jest osób starszych.

Fikcyjne zasieki

Do obozu przejściowego wracamy nad ranem. Dzień odsłonił to, po czym stąpaliśmy w nocy. Niemal wszędzie leżą przedmioty codziennego użytku, części ubrań i pozostawione bagaże. Jakub wskazuje na wdeptaną w ziemię lalkę.

Spotykamy zdecydowanie mniej osób. Krążę między pustymi namiotami. Migranci do autobusów ustawiają się w spokojnych, zorganizowanych kolejkach. Są zmęczeni i nieobecni. Do Rösz­ke wciąż napływają nowi. Przychodzą w kilkuosobowych grupach. Bez dużych bagaży, owinięci w koce UNHCR.

Wychodzimy im naprzeciw. W drodze pytamy, czy rozmawiają po angielsku. Większość zaprzecza, choć obaj z Jakubem czujemy, że potrafią. Ci, których udaje nam się zatrzymać, przychodzą z Iraku, Afganistanu i Syrii. Chcą dostać się do Niemiec i Holandii.

– Dlaczego tu przychodzicie?
– Są tylko trzy słowa: nie jest bezpiecznie. W Syrii codziennie umierają ludzie. Nie mamy innego wyjścia. Ta dziewczynka, które idzie z nami, widziała, jak morduje się innych. To będzie w niej już zawsze. Nie chcemy uciekać, szanujemy wasze zasady. Chcemy być tu legalnie.
– Dlaczego Holandia?
– Mamy tam rodzinę.

Inną grupę pytam o Niemcy. Odpowiadają:
– Bo tam jesteśmy mile widziani.

Są spokojni i uprzejmi. Jeśli nie chcą rozmawiać albo nie życzą sobie zdjęć, zasłaniają twarze. Nie krzyczą. Choć warunki, w których się znaleźli, mogą i tłumaczyć, i uzasadniać zachowania skrajne, nie widzieliśmy ani agresji, ani roszczeń. Różnie ubrani. Tory do Rösz­ke to maraton kontrastów. Rodzina, która chciała dostać się do Holandii, nie wyglądała na biedną. Za nimi szli gorzej sytuowani. Ale tam, pomiędzy Serbią i Węgrami, nic nie jest jednoznaczne. Spędziliśmy z nimi wieczór, poranek i południe. Modlił się tylko jeden.

Tuż przed ogrodzeniem granicznym, kiedy na horyzoncie widać już obóz, część migrantów ucieka w pola. Wolontariusze próbują wytłumaczyć, że zostaną złapani i będą musieli wrócić. Bezskutecznie. Biegną bez celu, byle dalej od mundurów. Bardzo łatwo dopisać do tych scen każdą historię. Może mają coś do ukrycia, może boją się deportacji.

Ogrodzenie, które według Węgierskiego Komitetu Helsińskiego kosztowało już 88 mln euro, sięga mi do czoła. W praktyce to ostry, ale łatwy do sforsowania drut kolczasty. Zresztą, tuż przy Rösz­ke, w miejscu, gdzie biegną tory kolejowe, zasieki są przerwane. Granica nie jest strzeżona – swobodnie przechodzimy na serbską stronę.


05


Media

Dziennikarze czekali już przy granicy. Migrantów proszono o „stanięcia na ściance”. Zdjęcia małych grup realizowano na bliskim kadrze – tak, że w aparacie pojawiał się tłum. W Budapeszcie dziennikarka z Australii zmusiła dziewczynkę spod muru do zdjęć. Protestowałem, odpowiedziała, że „przecież to dziecko jest piękne”.

Telewizja publiczna na Węgrzech nie pokazuje kobiet i dzieci, a świat przyjmuje obrazy, które dziennikarze Viktora Orbana realizują do tezy. Duże stacje telewizyjne mają w Budapeszcie i Rösz­ke swoich korespondentów. Są na miejscu, dysponują zapleczem i sprzętem. Tymczasem w dwuminutowych wejściach na żywo pokazują wciąż te same obrazki. Nie wykorzystują Internetu, nie informują, choć sytuacja na granicy z Serbią zmienia się z dnia na dzień.

I będzie gorzej, bo blisko 40 tys. osób z Afryki i Bliskiego Wschodu chce zdążyć do UE przed tym, jak rząd Węgier zamknie granice, a później wprowadzi specjalne strefy tranzytowe. Zresztą, już za moment nie będą ścigać się z prawem, ale z zimą.


Komentarz: Trzy wektory odpowiedzialności

Sytuacja, którą zastaliśmy na Węgrzech, to trzy wektory odpowiedzialności. Pierwszy to niezbędna pomoc humanitarna i zapewnienie tym ludziom warunków, które nie będą odzierać ich z godności. Obecnie ciężar tej odpowiedzialności dźwigają organizacje pozarządowe i wolontariusze. To za mało.

Drugi wektor to przepisy prawa i bezpieczeństwo. Wszystko wskazuje na to, że węgierscy politycy balansują pomiędzy społecznym poparciem, oczekiwaniami UE i rzeczywistym kryzysem, który nie dzieje się ani w Brukseli, ani w Strasburgu. Ludzie cierpią w Rösz­ke i Budapeszcie. Węgry nie mogą zostać z tym problemem same.

Nie potrafię zrozumieć, dlaczego wstępnej rejestracji migrantów nie można realizować w okolicznościach innych niż te, które opisaliśmy. Nie mam wątpliwości, że znamienita większość ludzi, którzy przekraczają granice Węgier, to rzeczywiście potrzebujący. Ale przy trwającym szaleństwie granice przekroczyć może każdy. Pomysł na strefy tranzytowe, o ile zostaną do nich dopuszczeni obserwatorzy z zewnątrz i NGO, a UE zdecyduje się przekazać środki na pomoc humanitarną, nie musi być pomysłem nietrafionym.

I w końcu wektor trzeci. Odpowiedzialność za to, co mówimy o migrantach tu i teraz. Większość narracji, z którymi spotkałem się w Polsce i relacji z tego, co dzieje się na Węgrzech, nie ma pokrycia w rzeczywistości. Europy nie zdobywa armia fundamentalistów, węgierska policja nie jest nacjonalistyczną bojówką. Solidarni obywatele Węgier próbują opanować sytuację, której – przez narastającą skalę – opanować się nie da. Ale nie jest też tak, że sytuacja, której świadkami jesteśmy, nie niesie ze sobą żadnych zagrożeń. Niesie ich wiele.

Ale to nie religijny fundamentalizm zagraża Europie, nie olbrzymi exodus Afryki i Bliskiego Wschodu. I nam, i migrantom zagraża polityczny impas i bierność. Kryzys humanitarny jest straszną konsekwencją kryzysu światowego przywództwa.


Na Węgrzech byłem z Jakubem Górnickim z bloga Podróżniccy.com. Jakub jest autorem opublikowanych tu zdjęć. Na jego blogu znajdziecie relację o innym charakterze – z analizą zebranych danych i statystyk, interaktywną mapą Dworca Keleti i obozu w Rösz­ke. Na YouTube umieściliśmy nagrania z aplikacji Snapchat i Periscope.

Aktualizacja: kilka dni po naszym powrocie, i kilka godzin po publikacji tekstu, sytuacja w Roszke uległa zmianie. Najpierw granicę przekroczyła rekordowa liczba migrantów, później rząd Węgier zdecydował się na szczelne zamknięcie opisywanego przejścia.

{social-facebook-like}