Mówią: "Szukajcie, a znajdziecie". Powodzenia!

Trzy wektory odpowiedzialności

budapeszt_roszke3

Od kolejnej osoby słyszę, że Budapeszt nigdy nie był tak solidarny jak teraz. Węgrzy nie są narodem gotowym do zrywów, nie lubią zmian. To, co się wydarzyło, jest nowe i unikalne. Zetknięcie się z cierpieniem twarzą w twarz zmienia.

Aniko Bakonyi z Węgierskiego Komitetu Helsińskiego konsekwentnie unika słowa „uchodźcy”. Mówi „ubiegający się o azyl” . Podkreśla, że Serbia nie jest bezpiecznym krajem. Pytana o statystyki, odpowiada szybko i konkretnie. To tutaj dowiadujemy się o niebieskich billboardach, na których czytamy m.in: „Jeśli przybywasz na Węgry, nie możesz odbierać Węgrom pracy”. Skierowano je do tych, którzy przekroczyli granicę, również do mnie. Ale ja nie rozumiem – nie znam węgierskiego.

Kiedy proszę o prywatną opinię, Aniko jest powściągliwa. Minie chwila, nim zdejmie mundur chłodnego profesjonalizmu. Wtedy słyszymy o nieobecnym Węgierskim Czerwonym Krzyżu, rządzie wykorzystującym kryzys do gry politycznej, o morderczym wysiłku wolontariuszy. I o publicznej telewizji, z której wyciekł zakaz publikacji zdjęć kobiet i dzieci. Wychodząc, mijamy w korytarzu arabską rodzinę.

Aktywiści

Tamas prosi, żeby nie podawać jego prawdziwego imienia. Jest aktywistą, jednym z autorów bloga kettosmerce.blog.hu. Spotykamy się w hipsterskiej kawiarni, 15 minut spacerem od dworca Keleti. Fritz-Cola, Yerbata, John Lemon. Budapeszt żyje swoim rytmem. Dowiadujemy się, że rząd nie udziela żadnej pomocy humanitarnej, a więc całość spoczywa na barkach wolontariuszy. W Budapeszcie działają dwie zorganizowane grupy – MigrationAid i MigSzol. Informacjami wymieniają się na Facebooku. Wsparcie to żywność, koce, odzież, pomoc medyczna, obecność tłumaczy, zabawa z dziećmi.

Obiecaliśmy zabrać na Węgry strach, którym żyjemy w Polsce, więc pytam o akty agresji i starcia z policją.
Nie pamiętam. Być może dochodziło do starć, ale nie byłem ich świadkiem. Protestowano tylko raz, kiedy pociąg, który miał jechać do Austrii, zawiózł ludzi do zamkniętego obozu. Ale oni protestują inaczej niż Europejczycy. Tworzyli zamknięte kręgi, skakali, krzyczeli i śpiewali. Mówili: „Chcemy do Niemiec”.

Jeśli nie policja, to grupy narodowe. Dopytuję, ale Tamas nie wydaje sądów. Podkreśla, że może podzielić się tylko tym, co widział. A widział, jak kilkuosobowa grupa neonazistów dotarła na dworzec Keleti. Wolontariusze ostrzegli koczujących na dworcu migrantów, a ci uspakajali się wzajemnie. Jedni prosili drugich, żeby nie reagować. Skutecznie.

Historia brzmi na tyle nierealnie, że próbuję zweryfikować ją wśród policjantów, którzy służą na dworcu. Większość odsyła nas do biura prasowego, inni mówią, że przez większość czasu było spokojnie.

Tamas wspomina o schroniskach, gdzie migranci mogą skorzystać z zaplecza sanitarnego, odpocząć i przenocować. Kiedy na Węgrzech wejdzie nowe prawo (zostało już przyjęte przez parlament), ich obecność w tych miejscach będzie nielegalna – dlatego adresy są ukrywane. Po 10 minutach docieramy do jednego z nich. Hipisowska komuna: duży ruch, kobiety z dziećmi, każdy zna każdego. Na podwórku ktoś maluje meble. Przez chwilę myślę, że chciałbym zostać tu na stałe.

W kawiarni na piętrze wita nas Eshter. To ona organizuje konwój, który wieczorem zabierze nas na granicę z Serbią. W schronisku rozmawiamy z Afgańczykiem, który na Węgrzech jest legalnie. Był nauczycielem, twierdzi, że pracował dla angielskiej armii. Teraz pomaga migrantom jako tłumacz.
Moi przyjaciele w Polsce boją się islamu, fundamentalizmu, który może przyjść tutaj z wami.
Dlaczego nie możemy żyć obok siebie? – pytanie jest retoryczne. – Mam tu wielu przyjaciół, oni wieczorem piją alkohol, ja nie. Rodzina, która teraz tu jest, śpi w miejscu, gdzie modlą się Żydzi. Dlaczego ja nie mogę iść do meczetu, a ty do swojej świątyni? My uciekamy przed tym, czego wy się boicie.
Imigranci z Afryki i Bliskiego Wschodu nie chcą się asymilować.
Uczę się języka, żeby znaleźć pracę. Chcę pracować z wami.

Nie zdążyliśmy poprosić o dokumenty, które mogłyby potwierdzić historię o służbie w wojsku. W schronisku pojawiła się rodzina, która potrzebowała pomocy.

Solidarność

W Keleti jest spokojnie. Na placu przed dworcem więcej dziennikarzy niż migrantów. Żółte taksówki zabierają turystów. Z tłumu wyławiam angielski, niemiecki, francuski. Europejska stolica z Burger Kingiem, McDonaldem i centrum handlowym. Dopiero zejście poziom niżej odsłania ułamek tego, co przeżywa Budapeszt. Wolontariusze (Węgrzy, Czesi, Słowacy, Niemcy) w białych rękawiczkach przebierają i segregują stosy ubrań. Razem z jedzeniem i lekami przynoszą je tu Węgrzy. Starszy Japończyk w garniturze myli nas z migrantami i chce poczęstować ryżem. Dworzec Keleti to ekosystem. Pomoc medyczna, dwa namioty z żywnością, miejsce, gdzie można skorzystać z Internetu i naładować telefon. Mur, na którym dzieci malują i piszą.


002


Od kolejnej osoby słyszę, że Budapeszt nigdy nie był tak solidarny jak teraz. Węgrzy nie są narodem gotowym do zrywów, nie lubią zmian. To, co się wydarzyło, jest nowe i unikalne. Zetknięcie się z cierpieniem twarzą w twarz zmienia. To właśnie dlatego organizacje pozarządowe boją się stref tranzytowych, które wprowadza administracja. Migranci znów znikną z oczu. I znów staną się problemem znanym tylko z Internetu.

Eshter dotarła na dworzec zaraz po nas. Rozdaje wodę stojącym w kolejce. Dominują mężczyźni, więc głos w mojej głowie reaguje bezwarunkowo: „Boże, więc jednak”. Sandor Lederer, współzałożyciel organizacji K-Monitor, zapewnia, że w Budapeszcie pojawiło się wiele rodzin. Bilety kolejowe migranci otrzymują za darmo. To jedyne wsparcie rządu. Ich dystrybucją zajmują się wolontariusze. Ci ostatni szukają migrantów nie tylko na dworcach, ale również wokół miasta. Tam odłączone grupy, które nie wiedzą, że mogą ruszyć dalej.

Granica wstydu

Po 22:00 w Rösz­ke jest już zupełnie ciemno. Lampy ekip telewizyjnych nie wystarczają. Po kilkunastu metrach gubimy Marcela, który przywiózł nas na miejsce. Dotarliśmy z konwojem wysłanym przez Eshter, ma on zabrać jedną rodzinę do Budapesztu.

Obóz w Rösz­ke różni się od tego w stolicy. Rozdeptane pole, z bardzo słabym zapleczem sanitarnym (kilka przenośnych toalet, brak bieżącej wody). Jeden namiot z żywnością, jeden z odzieżą. Oświetlam telefonem własne stopy. Pod nimi fragmenty ubrań, pojedyncze buty, opakowania, części namiotów. To tu trafiają ci, którzy dopiero przekroczyli granicę. Większość przychodzi sama, część dowozi policja. Dopiero stąd zostaną zabrani do obozów rejestracyjnych, gdzie muszą zostawić odciski palców.


002


Kiedy przyjeżdża autobus, przy drzwiach momentalnie tworzy się tłok. To ci, którzy zrozumieli, że mogą trafić do lepszego świata. Pozostali nie ufają Węgrom, boją się, że będą musieli wrócić do Serbii. W Rösz­ke nadzieja miesza się z lękiem.

Policja zachowuje się spokojnie i profesjonalnie. Jeśli funkcjonariusze podnoszą głos, to wtedy, kiedy muszą zapanować nad tłumem. Tłumacze i wolontariusze kompletują rodziny – nikt nie chce ich rozdzielać. Mimo to część migrantów panikuje. Dzieci przekazywane górą – w obce ręce, byle bliżej tych, którzy już w środku – krzyczą. Obok mnie, wśród zamieszania i zgiełku, do snu przygotowuje się dwóch chłopców. Mają siedem, może dziesięć lat.

W Rösz­ke pomoc medyczną zapewnia węgierski Caritas. Cztery namioty, kilku wolontariuszy, lekarze. Nie wchodzimy do środka. Rozmawiamy z dwójką koordynatorów, jeden z nich rzuca w trakcie rozmowy „Polak, Węgier, dwa bratanki” – jego żona pochodzi z Polski. Słyszymy, że w ciągu dnia jest spokojniej, problemy pojawiają się nocą, kiedy temperatura – jak teraz – spada do dziesięciu stopni. Pytamy o liczby.

Bardzo dużo. W nocy może pięćset osób, w dzień dwa razy tyle. Mężczyźni, kobiety, dzieci. Najmniej jest osób starszych.

Fikcyjne zasieki

Do obozu przejściowego wracamy nad ranem. Dzień odsłonił to, po czym stąpaliśmy w nocy. Niemal wszędzie leżą przedmioty codziennego użytku, części ubrań i pozostawione bagaże. Jakub wskazuje na wdeptaną w ziemię lalkę.

Spotykamy zdecydowanie mniej osób. Krążę między pustymi namiotami. Migranci do autobusów ustawiają się w spokojnych, zorganizowanych kolejkach. Są zmęczeni i nieobecni. Do Rösz­ke wciąż napływają nowi. Przychodzą w kilkuosobowych grupach. Bez dużych bagaży, owinięci w koce UNHCR.

Wychodzimy im naprzeciw. W drodze pytamy, czy rozmawiają po angielsku. Większość zaprzecza, choć obaj z Jakubem czujemy, że potrafią. Ci, których udaje nam się zatrzymać, przychodzą z Iraku, Afganistanu i Syrii. Chcą dostać się do Niemiec i Holandii.

– Dlaczego tu przychodzicie?
– Są tylko trzy słowa: nie jest bezpiecznie. W Syrii codziennie umierają ludzie. Nie mamy innego wyjścia. Ta dziewczynka, które idzie z nami, widziała, jak morduje się innych. To będzie w niej już zawsze. Nie chcemy uciekać, szanujemy wasze zasady. Chcemy być tu legalnie.
– Dlaczego Holandia?
– Mamy tam rodzinę.

Inną grupę pytam o Niemcy. Odpowiadają:
– Bo tam jesteśmy mile widziani.

Są spokojni i uprzejmi. Jeśli nie chcą rozmawiać albo nie życzą sobie zdjęć, zasłaniają twarze. Nie krzyczą. Choć warunki, w których się znaleźli, mogą i tłumaczyć, i uzasadniać zachowania skrajne, nie widzieliśmy ani agresji, ani roszczeń. Różnie ubrani. Tory do Rösz­ke to maraton kontrastów. Rodzina, która chciała dostać się do Holandii, nie wyglądała na biedną. Za nimi szli gorzej sytuowani. Ale tam, pomiędzy Serbią i Węgrami, nic nie jest jednoznaczne. Spędziliśmy z nimi wieczór, poranek i południe. Modlił się tylko jeden.

Tuż przed ogrodzeniem granicznym, kiedy na horyzoncie widać już obóz, część migrantów ucieka w pola. Wolontariusze próbują wytłumaczyć, że zostaną złapani i będą musieli wrócić. Bezskutecznie. Biegną bez celu, byle dalej od mundurów. Bardzo łatwo dopisać do tych scen każdą historię. Może mają coś do ukrycia, może boją się deportacji.

Ogrodzenie, które według Węgierskiego Komitetu Helsińskiego kosztowało już 88 mln euro, sięga mi do czoła. W praktyce to ostry, ale łatwy do sforsowania drut kolczasty. Zresztą, tuż przy Rösz­ke, w miejscu, gdzie biegną tory kolejowe, zasieki są przerwane. Granica nie jest strzeżona – swobodnie przechodzimy na serbską stronę.


05


Media

Dziennikarze czekali już przy granicy. Migrantów proszono o „stanięcia na ściance”. Zdjęcia małych grup realizowano na bliskim kadrze – tak, że w aparacie pojawiał się tłum. W Budapeszcie dziennikarka z Australii zmusiła dziewczynkę spod muru do zdjęć. Protestowałem, odpowiedziała, że „przecież to dziecko jest piękne”.

Telewizja publiczna na Węgrzech nie pokazuje kobiet i dzieci, a świat przyjmuje obrazy, które dziennikarze Viktora Orbana realizują do tezy. Duże stacje telewizyjne mają w Budapeszcie i Rösz­ke swoich korespondentów. Są na miejscu, dysponują zapleczem i sprzętem. Tymczasem w dwuminutowych wejściach na żywo pokazują wciąż te same obrazki. Nie wykorzystują Internetu, nie informują, choć sytuacja na granicy z Serbią zmienia się z dnia na dzień.

I będzie gorzej, bo blisko 40 tys. osób z Afryki i Bliskiego Wschodu chce zdążyć do UE przed tym, jak rząd Węgier zamknie granice, a później wprowadzi specjalne strefy tranzytowe. Zresztą, już za moment nie będą ścigać się z prawem, ale z zimą.


Komentarz: Trzy wektory odpowiedzialności

Sytuacja, którą zastaliśmy na Węgrzech, to trzy wektory odpowiedzialności. Pierwszy to niezbędna pomoc humanitarna i zapewnienie tym ludziom warunków, które nie będą odzierać ich z godności. Obecnie ciężar tej odpowiedzialności dźwigają organizacje pozarządowe i wolontariusze. To za mało.

Drugi wektor to przepisy prawa i bezpieczeństwo. Wszystko wskazuje na to, że węgierscy politycy balansują pomiędzy społecznym poparciem, oczekiwaniami UE i rzeczywistym kryzysem, który nie dzieje się ani w Brukseli, ani w Strasburgu. Ludzie cierpią w Rösz­ke i Budapeszcie. Węgry nie mogą zostać z tym problemem same.

Nie potrafię zrozumieć, dlaczego wstępnej rejestracji migrantów nie można realizować w okolicznościach innych niż te, które opisaliśmy. Nie mam wątpliwości, że znamienita większość ludzi, którzy przekraczają granice Węgier, to rzeczywiście potrzebujący. Ale przy trwającym szaleństwie granice przekroczyć może każdy. Pomysł na strefy tranzytowe, o ile zostaną do nich dopuszczeni obserwatorzy z zewnątrz i NGO, a UE zdecyduje się przekazać środki na pomoc humanitarną, nie musi być pomysłem nietrafionym.

I w końcu wektor trzeci. Odpowiedzialność za to, co mówimy o migrantach tu i teraz. Większość narracji, z którymi spotkałem się w Polsce i relacji z tego, co dzieje się na Węgrzech, nie ma pokrycia w rzeczywistości. Europy nie zdobywa armia fundamentalistów, węgierska policja nie jest nacjonalistyczną bojówką. Solidarni obywatele Węgier próbują opanować sytuację, której – przez narastającą skalę – opanować się nie da. Ale nie jest też tak, że sytuacja, której świadkami jesteśmy, nie niesie ze sobą żadnych zagrożeń. Niesie ich wiele.

Ale to nie religijny fundamentalizm zagraża Europie, nie olbrzymi exodus Afryki i Bliskiego Wschodu. I nam, i migrantom zagraża polityczny impas i bierność. Kryzys humanitarny jest straszną konsekwencją kryzysu światowego przywództwa.


Na Węgrzech byłem z Jakubem Górnickim z bloga Podróżniccy.com. Jakub jest autorem opublikowanych tu zdjęć. Na jego blogu znajdziecie relację o innym charakterze – z analizą zebranych danych i statystyk, interaktywną mapą Dworca Keleti i obozu w Rösz­ke. Na YouTube umieściliśmy nagrania z aplikacji Snapchat i Periscope.

Aktualizacja: kilka dni po naszym powrocie, i kilka godzin po publikacji tekstu, sytuacja w Roszke uległa zmianie. Najpierw granicę przekroczyła rekordowa liczba migrantów, później rząd Węgier zdecydował się na szczelne zamknięcie opisywanego przejścia.

  • Marcin Kuźniar

    Uważam, że prawda obiektywna nie jest możliwa do uchwycenia. Każdy
    artykuł czy wypowiedź jest tylko i aż jednostkowym wycinkiem opisywanej
    rzeczywistości. Obiektywne nie mogą być nawet tak podstawowe wartości
    jak choćby dobro, pokój, bezpieczeństwo – dla każdego może to oznaczać
    coś innego. Nie mam na celu relatywizacji tych wartości. Ludzie nie są
    homogeniczni – albo dobrzy albo źli, także większość rzeczy jest
    dynamiczna. Dobrze jest moim zdaniem zachować spokój i rozsądek w każdej
    kwestii i nie oceniać pochopnie. Nie możemy wiedzieć bezpośrednio co
    inni myślą i czują. Dopiero oparcie się na czymś stałym i niezależnym od
    ludzi – dla mnie to wiara w Boga, chrześcijańska miłość – pozwala na
    znalezienie wspólnego języka dialogu i stabilnego punktu odniesienia.
    Miłość nie wyraża się w mówieniu o niej, ale w czynach – dlatego działajmy i popierajmy wszelką pomoc – pomoc mądrą i adekwatną!

    • Gość

      Chrześcijańska miłość nie jest stała i jest zależna od ludzi …

  • Viennese breakfast

    Mieszkam w Wiedniu. Nie muszę jechać nigdzie by widzieć te falę ludzką.
    Większość to ludzie spoza Syrii, emigranci ekonomiczni – w najlepszym razie.
    Nie szukają jakiegoś bezpiecznego miejsca do życia ale prą uparcie w konkretne miejsce – Niemcy.
    To nie złe media węgierskie pokazują jedynie tabuny młodych agresywnych mężczyzn – ONZ mówi, że jest ich ponad 70%. Widać czasem znacznie, znacznie więcej.
    Węgry jako pierwsze chciały realizować przepisy unijne w sprawie emigrantów, podczas gdy Grecja, Włochy, wpuściły bez jakiejkolwiek kontroli i weryfikacji dziesiątki tysięcy, setki
    tysięcy, ludzi do Europy. To co się teraz dzieje wykazało kompletny brak odpowiedzialności i krótkowzroczność kanclerz Niemiec, która skierowała swoje zaproszenie do ludzi spoza Europy oraz nieistnienie Europejskiego zabezpieczenia granic zewnętrznych.

    Europa to otwarte pole dla wędrówek ludów a media grają na emocjach tych witających imigrantów i tych nie chcących ich w Europie.
    Swoje trzy grosze napisałam u siebie na blogu na ten temat.
    Uspokajacie ale jest źle. Sytuacja jest patowa przez poprawność polityczną zachodu.
    Jedyne wyjście z tej sytuacji to przyłączyć się do modlitwy ojca Leona Knabita.

  • Dziękuję.

  • Co najgorsze – tekst taki jak ten nie będzie atakował Facebookowy feed tak jak wycięte z kontekstu fragmenty nagrań czy zdjeć. Możemy próbować udowodniać Europie to, ze to nie uchodźcy zagrażają, a rozbuchane emocje polityczne. Ale i tak najpopularniejszy będzie mem z koza czy kibicami. To straszne, ze ludzie koczują w nieludzkich warunkach, a my mamy czelność zachowywać sie jak tchórze w przebraniu bohaterów. Niemniej taka relacja jest ważna. Dlatego gratuluje i czekam na rozwiniecie na blog forum Gdańsk

  • Dziękuję za ten artykuł. Piszesz bardzo rzeczowo i obiektywnie. Szkoda, że nie wszyscy podchodzą do tematu tak bezstronnie. Jeszcze raz dzięki!

  • Zastanawiałem się, jak sobie poradzicie z tym show jakie się zrobiło na FB, gdy poinformowaliście o wyjeździe na Węgry. Jak na razie, bardzo rzeczowo i profesjonalnie.
    Dzięki za ten tekst :)

  • Bardzo czekałam na Wasze relacje i warto było na nie czekać. Z tekstu Jakuba najbardziej w pamięć zapadło mi zdanie o tym, że mogliście zrobić zdjęcia do każdej tezy; z Twojego to o kryzysie przywództwa – to trafna, ale bardzo przygnębiająca diagnoza.

  • Wilk

    Po półrocznej przerwie znów powracam na Twój blog. Zwykle lubiłem czytać co, oraz jak piszesz, lecz irytowały mnie zbyt długie przestoje jakie serwowałeś czytelnikom. Dlatego przestałem tu z czasem zaglądać. Dzisiaj skłoniła mnie do tego wzmianka w artykule @na Temat, po czym postanowiłem całość Twojej/Waszej węgierskiej eskapady sczytać.

    Fajnie, że porwałeś się na taką wyprawę i spisałeś całość w suchym, niczym nie naznaczonym przekazie. Rzeczywistość pozbawioną zbędnych kolorów, widzianą Twoimi oczami. Takich przekazów brakuje. Wciąż nie wiemy czego oczekiwać i co się tak naprawdę dzieje. Media – jak słusznie zauważyłeś – kreują swoje własne historię, które mają się sprzedać, a dopiero później oddać stan faktyczny. Jesteśmy zatem karmieni z jednej strony historiami ckliwymi i wzruszającymi, bądź wzbudza się w nas poczucie strachu. Mamy kochać i współczuć albo bać i nienawidzić. Świat czarno biały. Brak barw pośrednich. Wielopłaszczynowość (profesor Miodek daje mi po głowie w tej chwili) w mediach się nie sprzedaje. A problem jest wielowymiarowy i nie da się go zamknąć w tak-nie.

    Nie należę do grona zwolenników bezkrytycznej otwartości na zalew fali emigracyjno-uchodźczej. Mleko się jednak rozlało. Ludziom, którzy dotarli już do Europy należy pomóc. Część być może wydalić. Tylko jak i gdzie wydalić tych, których obecność w Europie jest niewskazana? W jaki sposób to zorganizować? Pytanie rodzi pytanie. Europa powinna i musi wyzbyć się swej fałszywej, graniczącej z hipokryzją moralności. Musi być współczująca, świadoma swoich błędów, sprawiedliwa, ale i bezwzględna. W końcu to ona przez lata kolonizacji dokonała mnóstwa spustoszeń na afrykańskim kontynencie, czego częściowym i długofalowym pokłosiem jest dzisiejszy exodus. Należy o tym pamiętać. Pomocną dłoń należy wyciągać natomiast z rozwagą i nie do każdego napotkanego przypadku. Wszyscy moi znajomi o arabsko-afrykańskich korzeniach, choć ich ilość ogranicza się zaledwie do kilku osób w wersji zarówno damskich jak i męskich, jak jeden przekonują mnie, iż duża część tzw.uciekinierów stanowią najzwyczajniejsze lołlajfy przyciągnięte wizją dostatniego i łatwego życia w Europie. To problem do rozwikłania, bowiem w jaki sposób odnaleźć i oddzielić w tym gąszczu, potrzebujących od tych, którym szwagier przysłał kartkę „ Przyjeżdżaj do Niemiec. Tu jest klawe życie”.

    Tytułu oryginała roku przejdzie mi pewnie koło nosa, jeśli powiem, że budzi we mnie obawy uwolniona fala nienawiści i agresji przelewająca się przez wszelkie media. Mam na myśli głównie tzw. media społecznościowe. Facebook zalewany jest obrazami szkalującymi islam. Jakby niewidzialna ręka rozpisała konkurs na to, kto zamieści film niosący najbrutalniejszy i najdotkliwiej obrazujący przekaz radykalizmu islamskiego. Nakręca się spirala agresji. Mam obawy, bo ta agresja w połączeniu z nienawiścią jest bardzo energotwórcza. Ludzie, którzy nigdy nie mieli w sobie dość mocy by budować coś pozytywnego, nagle mają jej w sobie dość – tejże mocy – by niszczyć. Stają się nadaktywni.
    Zbyt często, a w zasadzie bez przerwy łączy się obecną sytuacje z islamem. W nosie mam to, do kogo lub czego modli się mój sąsiad. Czy jest Katolikiem, Muzułmaninem, Żydem (kolejność alfabetyczna), czy też modli się do studolarówki. Podzielmy ludzi na dobrych i złych i tak oceniajmy ich postępowanie. Nie przez pryzmat religii. Futbol, stadion też nie jest z definicji zły. Niestety przyciągają masę mentów. Islam również nie jest zły. Nie wierzę, że karze krzywdzić i zabijać. Również niestety – jak przykład wyżej- przyciąga osobników, którzy słowa Koranu interpretują na swój pokręcony i wygodny sobie sposób.

    Gdyby ktoś zadał mi dziś pytanie, czego się obawiam, odpowiedziałbym – wojny. Po raz pierwszy w moim życiu moją głowę opanowała tląca się obawa możliwości jej wybuchu. Europa siadła na swym poobijanym tyłku jak pijak, który przez cały wieczór zataczając się stara przekonać wszystkich wokół o swej trzeźwości. Po raz kolejny i chyba ostateczny udowodniła swymi posunięciami, że nie jest zdolna do rozwiązywania problemów, zapobieganiu kryzysom i szybkiego reagowania. Tak naprawdę wspólnej Europy nie ma. Wspaniała i wzniosła idea Europejskiej Unii legła w gruzach. Z pewnością EU przetrwa, ale to tylko fasada. Wszyscy obserwujący widzą jej niemoc. Problem uchodźczo-emigracyjny starają się doraźnie rozwiązywać poszczególne państwa. Każdy rząd z osobna. Podobno Europa posiada swojego prezydenta, swój rząd? Gdzie oni są? Twory podobne ONZ-owskiemu. Mając zapobiegać wojnom, nigdy żadnej nie zapobiegł.
    Obecny problem exodusu postrzega się jako kłopot poszczególnych państw, a nie całej Europy. Każdy z rządów śpiewa na inną melodie. Przecież nie po to powoływano do życia Unię Europejską. Wspominane negatywne emocje – agresja, nienawiść – w odpowiedni sposób ukierunkowane w krótkim czasie mogą znaleźć ujście. Zamyka się granice. Czemu to ma służyć? Rozwiązaniu? Czy udawaniu, że to rozwiązanie? Ktoś zarzuci, czarnowidztwo. Nie sądzę. Wojny wybuchały z bardziej błahych powodów. To zwykle efekt przerostu czyjegoś ego.

    By zakończyć swój przydługich rozmiarów komentarz dodam – zamierzam tu zerkać częściej niż często. Cykliczność wpisów uległa poprawie, a i ich jakość mknie ostro w górę, jako ten Mig 29 co to na pokazach świat zadziwił. Oczywiście zawsze to lepiej nie pisać jeśli się nie ma o czym, bo lepiej dziesięć zdań przeczytać i jedno napisać, aniżeli na odwrót, ale fajnie jest również wiedzieć, że teksty z jakąś – w miarę prostą do rozszyfrowania – regularnością się pojawiają. Jestem w trakcie nadrabiania półrocznych zaległości.

  • Przyczyną są interesy wielkich mocarstw, którym na rękę jest istnienie państwa islamskiego, szczególnie Turcji, która pozbywa się w ten sposób Kurdów. Walka z PI jest pozorowana. Do tego dochodzi obojętność na los ludzi w obozach uchodźców „na miejscu” (imigracyjny kryzys trwa lata, obozy uchodźców latami także nie przykuwają uwagi mediów, ani nie są niczyim wyrzutem sumienia), szczególnie w przepełnionym Libanie. I dobre samopoczucie tych, którzy „wpuszczą do siebie” kilka tysięcy uchodźców, uspokajając tym swoje sumienie, podczas gdy żaden problem nie został rozwiązany, a raczej przyłożono rękę do jego eskalacji. Bo imigrantów będzie jeszcze więcej. Niemcy już zamknęły granice, a jeszcze niedawno narracja praw człowieka i szantaż emocjonalny nie schodził z ust Pani Merkel. Stało się to szybciej niż się spodziewałem. Przyjrzyjmy się lepiej temu, jak wygląda życie uchodźców „na miejscu”, a nie promowanie imigrantów uciekających z obozów w Turcji, w dodatku tych najbogatszych, których stać było na transfer do Europy. Nie są to bynajmniej ludzie, którzy uciekają z miejsca, gdzie śmierć zagraża im bezpośrednio. Wielu uchodźców pochodzi z Bałkanów. Polecam tekst Grzegorza Lindenberga w GW i Wojciecha Wilka z WP. Pozdrawiam.

  • Zobaczyłeś i opisujesz to, o czym my rozmawiali nie znając prawdy, ani nie widząc na własne oczy jak to wygląda. Wierzę, że twój reportaż nie jest próbą przeciwwagi dla niesprawiedliwych mediów. Wierzę całym sercem

  • Niezwykłe w Twoich tekstach jest to, że piszesz tak rozsądnie, racjonalnie i rzeczowo, a jednocześnie mówisz (między słowami) o wartościach. Na przykład o człowieku i jego godności. Mistrzostwo.

  • Dzięki Konrad za tak dobrą relacje z tego jak to wszystko wygląd na granicy Serbsko-Węgierskiej. Czułem, że przekaz mediów jest nie do końca zgodny z rzeczywistością. Ciekawe, kiedy polityka nadąży za przyzwoitością zwykłych ludzi.

  • lambdanis

    Rewelacyjna relacja. Dobrze, że zdecydowaliście się pojechać na miejsce. Jak już ktoś napisał – to jest dziennikarstwo, które inni mogą stawiać sobie za wzór.

    O tych „trzech wektorach” sama pomyślałam wczoraj (tylko, że u mnie miały dwa wymiary – nazwałam je trzema płaszczyznami ;)). Strasznie miło jest czytać, że ktoś patrzy na problem podobnie.

  • Mój pierwszy raz na tym blogu i od razu trafiłam na świetny tekst. Myślę, że dobrze jest zapoznawać się z sytuacją uchodźców z różnych perspektyw, żeby móc wyrobić sobie na ten temat swoje zdanie, chociaż łatwo nie jest, bo nadal kołacze mi się po głowie wiele pytań, ale na część odpowiedzi trzeba nadal poczekać.

  • Nie rozwiewasz obaw, ale i nie potęgujesz strachu. Dziękuję za to, że tym tekstem łączysz.

  • wielki szacun Konrad za to, że sie tam wybraliście, aby opowiedzieć to z pierwszej reki. dzięki!

  • Świetnie Konrad, że to opisaliście!

  • Jeśli kiedyś dążyłeś do rzetelnego dziennikarstwa, to właśnie tym wpisem przekroczyłeś poziom, do którego teraz inni będą zmierzać. Co tu dużo ukrywać.

    A co do wpisu – nie mam za wiele do dodania, myślę bardzo podobnie. Sam jestem ciekaw tej sytuacji, która się tam NAPRAWDĘ wydarza w kontekście historii konkretnej jednostki, a nie tłumu, który opisują media. Rzeczywistość tam nie jest tylko czarno-biała, można odnaleźć wiele odcieni. Dlatego cieszę się, że choć nie mogłem tam być, dostałem materiał, który w dużej mierze zaspokaja mój głód innej, bliskiej mi perspektywy.

    Wielkie podziękowania za to, że z Jakubem zebraliście ten skrawek rzeczywistości w tak rzeczowy i nieagresywny sposób. To też pokazuje, że wartości, o których piszesz, nie są tylko ładnie ubrane w słowa, ale w jakiś sposób motywują Cię do przekraczania granic. Nieustannie.

  • makate

    Bardzo dziękuję, czekałam na twój tekst.
    Jak tylko zaczęło się szersze mówienie w mediach o imigrantach miałam takie bardzo silne poczucie, że choć nie wiem do końca co myśleć o całej sprawie, jak się ustosunkować itd, to mam takie silne poczucie, że jeszcze mniej ode mnie wiedzą rządzący. I to jest przygnębiające – że polityka stała się miejscem gdzie trzeba się znać na działaniach PR, umieć rzucić mocnym słowem i ciętą ripostą, ale zupełnie nie trzeba mieć wizji. Taki Piłsudski czy Dmowski, co byśmy nie myśleli o ich poglądach, przynajmniej mieli wizje, myśleli szerzej i dalej niż najbliższe wybory.. Taka uwaga na marginesie, jeszcze raz dzięki za relację.

  • Doskonała robota! Dzięki, że mogłem obie relacje przeczytać.

  • Brzeska

    Finally. Super, że wpadliście na taki pomysł i mając taki zasięg co Wy macie zrobiliście takową relację. Bez patosu, bez hiperbol, bez filtrów. Taką, jaka rzeczywiście jest. Dzięki

  • Malwina Zofia Nowak-Luty

    Bardzo Ci dziękuję za ten tekst. Mam nadzieję, że przeczyta go jak najwięcej ludzi i w końcu do nich dotrze, że to iż w mediach nie widzą relacji z kobietami i dziećmi nie oznacza, że ich wśród uchodźców nie ma. Niestety ludzie bardzo lubią przyjmować takie skrajne obrazki jako wyrocznię i nie mają wewnętrznego poczucia, że należy temat zgłębić bardziej niż przez pryzmat Faktów, Panoramy, gazeta.pl czy fronda.pl. Uchodźcy to strasznie złożony temat, za który, mam wewnętrzne poczucie, wszyscy jesteśmy odpowiedzialni.

    Dziękuję raz jeszcze za Waszą świetną robotę.

    • Marzena

      Ja jestem bardzo odporna obrazki i teorie serwowane przez media, jednocześnie bardzo wrażliwa na cierpienie nie tylko ludzkie. Jednak wypraszam sobie mówienie że uchodźcy to temat za który my wszyscy a więc i ja jesteśmy odpowiedzialni…ja jestem odpowiedzialna za swoje życie w Polsce które nie jest dla mnie łatwe, jestem odpowiedzialna za swoją rodzinę którą muszę chronić swymi mizernymi środkami i siłami oraz za kilka stworzeń które przygarnęłam osobiście pod swój dach i sobie odejmuję przyjemności lub smakołyków by je moc jako tako wykarmić…NIE JESTEM ODPOWIEDZIALNA za te masy ludzi skrzywdzonych przez interesy mocarstw które na tym korzystają.. Natomiast mój kraj i moi rodacy są odpowiedzialni za pomoc swoim rodakom a kiepsko nam to idzie…I tak samo kiepsko będzie nam szło chronienie się nawzajem przed zagrożeniami jakie sobie z tymi ludźmi sprowadzimy..Dlatego jestem temu przeciwna będąc jednocześnie osobą absolutnie przeciwną rasizmowi jemu podobnym przejawom podłości międzyludzkiej. Właśnie ten rasizm jest jednym z zagrożeń które sobie sprowadzimy w imię wmawianej sobie odpowiedzialności..

  • Karo Lina

    Piękna relacja, bez zbędnego nacechowania, rzetelna i szczera. Gratuluję! Warto było poczekać.

  • Wielkie dzięki.