Mówią: "Szukajcie, a znajdziecie". Powodzenia!

Zupa Na Plantach: Nie przychodzimy, żeby zbawiać

Mój bezdomny kolega, który cierpi na nerwicę, a przy tym jest bardzo wrażliwym człowiekiem, nie może mieszkać w schronisku. Nie pije, nie ma problemów z alkoholem, a mimo to podjął decyzję, że opuści schronisko, choć mógł mieć tam łóżko i jedzenie. Na poziomie emocjonalnym nie był w stanie tam wytrzymać, tak mu złośliwie dokuczano z powodu jego choroby. Rzeczywistość nie jest czarno biała.

O bezdomności rozmawiam z wolontariuszami „Zupy Na Plantach”.


Myślę sobie: „Daremny trud”. 

Piotr: Nasze działania? Zupa? Jeśli celem jest wyjście z bezdomności, to skuteczność jest znikoma. Osoby, które od wielu lat zajmują się bezdomnością, przestrzegały nas: „Nie nastawiajcie się na spektakularne sukcesy, bo 95% tej pracy to będą porażki”.

Natalia: Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że pomoc bezdomnym jest efektywna dopiero wtedy, kiedy komuś uda się znaleźć dom. Jeżeli tak by było, już dawno musiałabym sobie podziękować.

To kiedy jest?

Ewelina:  Ludzie, którzy idą z nami pierwszy raz na Planty, bardzo często  chcą bezdomnym projektować wyjście z bezdomności. To jest pierwsza myśl, pierwszy odruch.  Przez rok w „Zupie” zmieniłam perspektywę patrzenia na problem bezdomności i już nie pytam od razu: Gdzie śpisz? Czy masz co jeść? Jak ci pomóc? Rozmawiamy o wszystkim. O sobie.

Natalia: Znam pana, który w ciągu ostatnich trzech lat ani jednej nocy nie spędził pod dachem. Zeszłej zimy nocował w śpiworze na Plantach, na ławce. Nie schodzi poniżej 3,5 promila alkoholu we krwi, bo jeśli próbuje, to ma delirkę i padaczkę. Z boku, dla zwykłego przychodnia, to jest takie „dno dna”.  Kiedy go poznałam, miałam myśl, że w niedalekiej przyszłości uda mu się wyjść z kryzysu bezdomności. Dzisiaj muszę sobie uczciwie powiedzieć, że w tym momencie to nie jest realne.

Czyli jednak – daremny trud.

Natalia: Tylko, czy to jest powód, żeby z nim nie rozmawiać? Nie dać mu paczki z ubraniami? Choć akurat ten pan z reguły nie je z nami zupy i nie prosi o ubrania. Przychodzi porozmawiać. I ja się cieszę, jeżeli on się dobrze czuje. Sukces, jeśli on pójdzie do łaźni, odwszawi się, ogoli.

Ewelina: Sukcesem nie musi być to, że ktoś wyjdzie z bezdomności. Wystarczy, że taka osoba zgłosi się do instytucji, gdzie może przenocować, zje zupę w zimny wieczór, albo spędzi noc pod dodatkową kołdrą, którą ktoś nam przyniósł.

Zaczęło się od kołdry, prawda? Od śpiworów?

Piotr:  Najpierw był zryw kilku osób: był tam Karol Wilczyński, Michał Lewandowski, Karol Kleczka i ja. W duże mrozy weszliśmy na jedną z bocznic kolejowych w Krakowie, bo słyszeliśmy, że tam  mogą przebywać osoby bezdomne, które potrzebują pomocy. Poszliśmy i to był pierwszy szok.

Szok, że tam tak dużo ludzi?

Piotr: Szok, że tak łatwo zostać bezdomnym. W spalonym wagonie spotkaliśmy człowieka, który niewiele się od nas różnił. Wykształcony, oczytany, sypał cytatami z Tischnera i Miłosza. Pisał wiersze. Nie, że częstochowskie rymy, ale prawdziwie, piękne wiersze. Co więcej, on sam kilkanaście lat wcześniej pomagał bezdomnym. Później z różnych powodów podwinęła mu się noga. Uciekł w samotność, w alkohol, pojawiły się narastające kłopoty finansowe, a na końcu – ulica. Odwiedziliśmy go ponownie, ale żeby wystartować z „Zupą” potrzebowaliśmy jeszcze roku. Brakowało sił i odwagi, żeby wyjść na ulicę.

Co się stało, że ta odwaga przyszła?

Piotr: Poznaliśmy siostrę Chmielewską. Z kolei Karol Wilczyńśki i kilka innych osób, trafiło na wspólnotę św. Idziego, która od lat pomaga bezdomnym na całym świecie. Ta bocznica w nas pracowała, ale potrzebowaliśmy ludzi, którzy nas trochę pchną. W końcu mój szwagier, z którego  niektórzy się śmieją, że sam wygląda jak bezdomny, trafił na grupę osób, która próbowała przetrwać zimę w parku. Przetrwać, bo trudno mówić w takich warunkach o nocowaniu. Były wtedy potworne mrozy. Adam odezwał się do mnie: „Masz bloga, może napisz, że są potrzebne ciepłe rzeczy?”. Napisałem i te rzeczy zaczęły spływać lawinowo. Pojawili się też nowi ludzie, którzy chcieli razem coś zrobić dla wykluczonych. W końcu zaczęliśmy gotować zupę i jeść ją wspólnie z bezdomnymi na Plantach.

Natalia: Jeść wspólnie, bo to nie jest tak, że my dokarmiamy osoby w kryzysie bezdomności. Nie dokarmiamy – spotkamy się z nimi.

Piotr: Jeśli możemy mówić o jakimś mierzalnym sukcesie, to o tym, że przez rok tak wiele osób zaangażowało się w „Zupę”. Przychodzą, przynoszą składniki, ubrania,  wychodzą z nami jeść. Przez Planty przewija się kilkaset wolontariuszy.

Jak to dokładnie wygląda? Jak powstaje zupa?

Ewelina: Zupę zaczynamy gotować w niedzielę ok. 15, ale to jest ostatnia prosta tego, co dzieje się w ciągu tygodnia. Najpierw powstaje  przepis. Są osoby, które regularnie pieką i przynoszą ciasta, dwie dziewczyny regularnie pieką chleby do kanapek.

Co to znaczy: „Powstaje przepis?”. W moim świecie przepis na zupę można ściągnąć z Internetu.

Natalia: Tyle że nasza zupa ma 80 litrów, a dodatkowo zależy nam, żeby miała pewne wartości odżywcze. Bo tę zupę będziemy jeść z ludźmi, którzy nie są mistrzami świata w dbaniu o siebie.

Ewelina: Część składników dostajemy od sponsorów – firm przetwórczych, z hurtowni, z Banku Żywności. Na początku większość składników przynosiliśmy sami. Pojawiała się tabelka z informacją, co gotujemy i co jest potrzebne. Jeśli ktoś chciał,  mógł zarezerwować dla siebie składnik i go przynieść.

Zdarzało się, że czegoś zabrakło?

Ewelina: Bardzo rzadko. Awaryjne sytuacje, kiedy trzeba po coś biec do sklepu. To nie był nigdy problem, bo mamy też środki, pieniądze, które nam przekazują ludzie. „Zupa” dość szybko pojawiła się w mediach, dzięki czemu od początków mogliśmy liczyć na wsparcie darczyńców, firm i innych organizacji.

Dziwię się o tyle że w samym Krakowie funkcjonują 73 miejsca pomagające bezdomnym – większość to kuchnie i jadłodajnie. I nie narzekają na zbytek.

Natalia: Nie jest  też tak, że dostajemy rzeczy, których ktoś już nie sprzeda; takich na granicy przydatności do spożycia. Raczej kogoś rusza sumienie, dochodzi do wniosku, że ma na tyle dużo i sprzedaje na tyle dużo, że część może przekazać.

Piotr: Nie wiem, jakiego komentarza oczekujesz…

Szukam przyczyny tego zaangażowania. Źródła tego, co Natalia nazwała „poruszonym sumieniem”.

Piotr: Powody są pewnie różne i musiałbyś pytać każdego z osobna. „Zupa” nie jest instytucją. Sami mamy problem z tym, jak się nazwać. Mówimy, że jesteśmy ruchem, inicjatywą społeczną, kolektywem… W „Zupie” nikt nie pracuje na etat, robimy to w wolnym czasie. Przytłaczająca większość ludzi, która jest z nami to studenci i ludzie tuż po studiach. Ale są też osoby, które mają już dzieci, pracują, nie mają wolnego czasu. A mimo wszystko coś ich poruszyło i przychodzą.

Natalia: „Zupa” jest odbierana jako grupa świrów. Wariatów, którzy robią coś zupełnie dobrowolnie i spontanicznie. Dla niektórych to jest powiew świeżości.

Ewelina: Na „Zupę” przychodzę już półtora roku, bo odpowiada mi przystępność. Nie ma zapisów, nie trzeba składać deklaracji. Przychodzi niedziela, godz. 14.00, i możesz zdecydować, czy chcesz przyjść. Jeśli masz inne zajęcia, możesz dołączyć do „Zupy” o 17.00. To daje wolność.

Czyli niski próg wejścia? To stoi za sukcesem „Zupy”?

Piotr: Brak przymusu i duża wolność. Są ludzie, którzy przychodzą gotować zupę, przynoszą jedzenie albo ubrania, ale ze względu na swoją wrażliwość nigdy nie byli na Plantach. Nie spotykają się z bezdomnymi, ale są z nami co tydzień. I nikt ich nie pyta: „Dlaczego ty nie idziesz na planty? Brzydzisz się bezdomnymi?”. A są i tacy, którzy w ogóle nie gotują.

Natalia: Ja nie gotuję.

Piotr: Nie gotują, ale ogarniają logistykę, robią paczki. Co tydzień wyjeżdżamy z paczkami, które są imienne, przeznaczone dla osób, które wcześniej prosiły o konkretne rzeczy. W „Zupie” robisz to, co chcesz robić. Trochę anarchia, ale działa.

Ewelina: Niektórzy przychodzą regularnie co tydzień, inni raz na dwa tygodnie. Są tacy, którzy przychodzą raz na miesiąc.

Brak zobowiązania to brak odpowiedzialności. Bo jeśli do kogoś przychodzę, to daję mu nadzieję, że przyjdę kolejny raz i kolejny. Pojawia się relacja. A myślę, że wy przychodzicie do ludzi o szczególnym stopniu zawiedzenia.

Piotr:  Zanim wyszliśmy na ulicę, siostra Chmielewska powiedziała nam, że musimy się dobrze zastanowić, czy na pewno chcemy tam być, i czy będziemy temu wierni. Mówiła, że jeśli nie mamy tej pewności, to lepiej nie zaczynać, bo zrobimy tym ludziom krzywdę. Jest poziom indywidualnego zobowiązania i tu faktycznie może się zdarzyć, że kogoś te relacje przerosną albo z jakichś innych powodów się wycofa, zostawi poznanego bezdomnego. Ale jest też poziom ogólny, czyli „Zupa” jako całość. I jako całość nigdy sobie nie pozwolimy na to, żeby w którąś niedziele zabrakło nas na Plantach.

Mimo wszystko, jeśli możesz się raz pojawić i zniknąć, bez konsekwencji…

Natalia: To działa w dwie strony. Nie jest tak, że co tydzień mamy ten sam zestaw osób bezdomnych. Oni też się zmieniają. Jednocześnie, mimo że mamy tę wolność, ten niski próg wejścia, to ludzie regularnie przychodzą. Nie ma rozczarowań. Brak przymusu i brak zobowiązania z góry, nie oznacza, że ludzie zachowują się nieodpowiedzialnie.

Ewelina: Zanim wychodzimy na Planty, są ogłoszenia. Od pewnego czasu Piotrek zwraca uwagę, że jeśli z kimś rozmawialiśmy tydzień temu, to dobrze znaleźć tę osobę ponownie. Ludzi jest mnóstwo i łatwo uciec w bieganie od człowieka do człowieka.

Piotr: Nie koloryzujemy rzeczywistości. W życiu bywa różnie i my się nie oszukujemy, że wszyscy bezdomni przychodzą się z nami spotkać , żeby tworzyć wspólnotę. Przychodzą i tacy, którzy wiedzą, że będą paczki i nie są zainteresowani rozmową. Po stronie domnych jest podobnie: przychodzą ludzie o pewnej świadomości i tacy, którzy muszą w sobie tę świadomość dopiero zbudować.

Natalia:  To znów powtórzę: nie jesteśmy organizacją, która dokarmia ludzi w kryzysie bezdomności. Akcent jest w innym miejscu. Podkreślamy to nieustannie, i to też sprawia, że ludzie wracają, bo chodzi o coś więcej niż przekazanie rzeczy. Na Plantach staramy się spotykać  jak równy z równym. Człowiek może mieć na twarzy 30-letni piciorys, być 20 lat bez domu, a kiedy rozmawia z Eweliną, jest między nimi znak równości.

„Równy z równym” to jest kreatywna księgowość.

Piotr: Dlaczego?

Bo różni was wszystko, a w pierwszej kolejności posiadanie domu. Przychodzicie do ich świata z ciepła i wygody.

Natalia: Dysproporcja jest, oczywiście. Tylko my jej nie wykorzystujemy przeciw nim. Nie mówimy: „Popatrz, jesteśmy lepsi”. Nie mówimy im, jak mają żyć. Nie przychodzimy z syndromem zbawiciela. Oczywiście, niesiemy pomoc, ale właśnie dlatego, żeby tę dysproporcję zmniejszać, to nie wydajemy posiłków, tylko  jemy je wspólnie. I naprawdę jemy wspólnie.

Ewelina: Dysproporcje to jest chyba coś naturalnego w życiu. Nie do uniknięcia.

Piotr: Właśnie… Kiedy jestem w kiepskiej kondycji, życie mi się wywróciło, leżę rozwalony na łopatkach, a przychodzi do mnie przyjaciel, który akurat ma się dobrze, to też jest między nami dysproporcja. To naturalne. To, że my przychodzimy do bezdomnych z konkretną pomocą materialną, to jest ważne, ale to jest też pretekst, jakaś obudowa.

Obudowa czego?

Piotr: Podam przykład: Od jakiegoś czasu zgrywam panu Krzyśkowi muzykę do jego MP3, ale widzę, że jego dużo bardziej interesuje to, że mi się chce z nim rozmawiać, poświęcić mu uwagę. Ta muzyka, szukanie hitów sprzed lat, to jest pretekst. On może podzielić się swoimi wspomnieniami, opowiedzieć o tym, jak chodził na koncerty. I dla mnie i dla niego ta rozmowa jest ważniejsza niż to, że dookoła jest zupa, ciuchy i pomoc medyczna.

Odtwarzacz mp3 może budzić zdziwienie, tak jak budzą telefony komórkowe. Bo jeśli kogoś stać na telefon, regularne doładowanie karty, to dlaczego nie stać go na zupę albo ubrania?

Piotr: Podstawowym problemem bezdomnych nie jest to, że nic nie mają, ale to, że z różnych powodów nie potrafią przestać być bezdomnymi.  To nie jest prawda, że materialnie nic nie posiadają: jeśli się postarają, mogą uzbierać na jedzenie, na podstawowe ubranie, na komórkę, którą można mieć za 30 złotych. To nie są smartfony tylko aparaty, które my mieliśmy w gimnazjum. Choć są i sytuacje, wcale rzadkie, że ktoś prosi o pożyczenie telefonu, bo po bardzo długim okresie milczenia chce porozmawiać z kimś z rodziny. Kwestie materialne są w bezdomności drugorzędne. Oni nie są w stanie wykonać pierwszego kroku, żeby stać się osobami domnymi. Ta niemożność bardzo często wynika z potwornej samotności. Różne instytucje stawiają im warunki wstępne, których oni nie są w stanie spełnić. U nas nie ma żadnych warunków. Każdy i w każdym stanie może przyjść na Planty.

Natalia: To, że bezdomny oszukuje, bo stać go na komórkę, to krzywdzące uogólnienie. Jest ich sporo, jak to, że każdy bezdomny źle pachnie albo nie pracuje. Są bezdomni, którzy pracują.

Nie spotkałem osoby bezdomnej, która pachniałaby fiołkami.

Ewelina: To nie człowiek źle pachnie, ale jego ubrania. Oni przebywają na deszczu, nie ściągają ubrań, noszą przy sobie wszystko, co mają. Mokre ubrania gniją, po jakimś czasie to wszystko śmierdzi. Warto sobie uświadomić, że to nie człowiek śmierdzi, ale rzeczy, które ma na sobie. Subtelna różnica, ale bardzo zmienia perspektywę.

Natalia: Idąc za tym, co mówi Ewelina, warto sobie zadać pytanie:  dlaczego ten człowiek źle pachnie? Maże dlatego, że nie ma się gdzie umyć. W Krakowie jest jedna łaźnia, 8 albo 10 stanowisk, z limitem wizyt na osobę, chyba raz w tygodniu, nie chcę cię skłamać. I bądź tu czysty. Raz – ta łaźnia jest mała, dwa –  żeby z niej skorzystać, trzeba być zupełnie trzeźwym.  Wielu bezdomnych cierpi na chorobę alkoholową i dla nich to wyzwanie przyjść i nic nie wydmuchać. Zejście do zera potrafi zabrać kilka dni i często, bez opieki lekarskiej, może wiązać się na przykład z pojawieniem się ataków padaczki. Pytanie, czy to, że taki człowiek źle pachnie, ma mi przeszkodzić w rozmowie z nim? W tym, żeby mu pomóc?

Zapach nie powinien być przeszkodą, ale potrafię sobie wyobrazić sytuację, w której osoby z ulicy są niebezpieczne.

Natalia: Nigdy nie spotkała mnie sytuacja, w której osoba w kryzysie bezdomności stanowiłaby dla mnie zagrożenie.  Nigdy nie czułam się zagrożona, a bywam w różnych miejscach, bo w ramach „Zupy” odwiedzamy tzw. pustostany. Poza niedzielnym spotkaniem na Plantach, raz w tygodniu, odwiedzamy z kawą, herbatą, kanapkami, plecakiem medycznym, skarpetkami, bielizną, miejsca, gdzie mieszkają bezdomni. I to są parszywe, paskudne miejsca… Działki, opuszczone budynki, gdzie nie ma prądu i musimy chodzić z latarkami.

Ewelina: Często odwiedzamy te miejsca po godz. 21, po 23. I nigdy nikomu nic się nie stało.

Piotr:  Pustostany to jest pewna sytuacja wyjątkowa, bo wchodzisz na czyjś teren. To trochę wtargnięcie do czyjegoś domu. Ale na samych Plantach mamy kilkadziesiąt osób, różnych i to nie jest zbiórka ministrantów – ulica rządzi się swoimi prawami. A wszyscy mamy się dobrze.

Nigdy nie zdarzyła się sytuacja nieprzyjemna? Niebezpieczna?

Piotr: Jeśli dochodzi do konfliktu to między bezdomnymi, co bardzo szybko udaje się opanować. Mam takie dobre wspomnienie, jak kiedyś na „Zupie” pojawił się nowy bezdomny, przebrany za faszystę, od razu było widać, że jest chory. Zaczął kogoś szarpać, ale inni bezdomni ich rozdzielili, mówili: „Nie tutaj”. Oni sami zaczynają dbać o tę przestrzeń. Zresztą, część przychodzi i gotuje z nami zupę.

Ewelina: Nie mamy problemu z agresją. Jeśli już, to z nadmierną serdecznością. Bardziej musimy stawiać granice, bo ktoś chce spoufalać, przytulać, całować po rękach.

Czy to są granice stawiane dokładnie w tym samym miejscu, co wobec domnych?

Ewelina: Tak. Dokładnie w tych samych.

Piotr: Działamy na punka, ale nie jesteśmy samobójcami. Zapraszamy do nas osoby, które mają więcej doświadczeń i pytamy, jakich błędów nie popełniać. Wiemy, że musimy bezdomnych poznać, że zbliżanie się do nich to proces. I trzeba być ostrożnym. Czasami chodzi o ten aspekt czysto fizyczny, bo są wszy, świerzb… Ale jak widzę człowieka po raz czterdziesty i go znam, to mogę się do niego zbliżyć, strzelić misiaczka.

Ministerstwo Rodziny i Polityki społecznej lekką ręką wylicza przyczyny bezdomności: wymeldowanie, brak pracy, konflikt rodzinny, uzależnienie. 

Piotr: Bawi mnie to trochę, bo przez 1,5 roku poznałem wystarczająco dużo osób bezdomnych, żeby wiedzieć, że każda osoba, każda historia jest zupełnie inna. Nie ma ogólnych przyczyn bezdomności. Z ludzi, których poznałem część to osoby, które wychowały się w domach dziecka, inne nie poradziły sobie po wyjściu z więzienia, jeszcze inne przeżyły tragedie rodzinne – śmierć rodziców, choroby. Ale znam też człowieka, który mówi wprost: „nie chce mi się pracować, wszystko przebimbałem”.

Ewelina: Alkohol może być zarówno przyczyną, jak i skutkiem. Często jest tym, co trwale tych ludzi zatrzymuje na ulicy. Są tacy, którzy w kryzys bezdomności wchodzą jeszcze bez uzależnienia.

Natalia: Na tej liście brakuje tego, co sama nazywam „brakiem relacji”. Ludzie, którzy mają dobre relacje, znajdą sposób, żeby uniknąć ulicy. W momencie, w którym tracą relację i już nie mają się do kogo zwrócić o pomoc, stają się bezdomnymi. To jest miękkie – chodzi o pewnego rodzaju zaplecze emocjonalne. I jeszcze choroby psychiczne. Jest wielu bezdomnych z zaburzeniami. Oni nie są w stanie podjąć żadnej pracy, zbudować więzi. Mitem jest, że jeżeli osoba cierpiąca na zaburzenia psychiczne nie ma wsparcia rodziny, to zawsze zajmie się nią państwo.

Domyślam się, że to jest wniosek wyciągnięty z doświadczenia.

Natalia: Znam osobę, która ma tzw. osobowość borderline. Wiem od specjalistów, że to szalenie złożone, trudne zaburzenie, konieczna jest farmakoterapia. Nawet kiedy choroba jest pod kontrolą, potrafi wywrócić życie do góry nogami. I ten człowiek ze względu na chorobę, trudne relacje rodzinne, stał się osobą w kryzysie bezdomności.

Piotr: Jak przy tym jesteśmy… Mój bezdomny kolega, który cierpi na nerwicę, a przy tym jest bardzo wrażliwym człowiekiem, nie może mieszkać w schronisku. Nie pije, nie ma problemów z alkoholem, a mimo to podjął decyzję, że opuści schronisko, choć mógł mieć tam łóżko i jedzenie. Na poziomie emocjonalnym nie był w stanie tam wytrzymać, tak mu złośliwie dokuczano z powodu jego choroby. Rzeczywistość nie jest czarno biała.

Porozmawiajmy o posiadaniu.

Natalia: O posiadaniu przez bezdomnych?

O waszym posiadaniu i o waszym stosunku do posiadania. Zamożni pomagają ubogim? Ubodzy ubogim?

Piotr:  Rozmawiamy w gronie osób, które mają dość komfortową sytuację finansową, ale wśród ludzi, którzy przychodzą na „Zupę”, to nie jest reguła. W „Zupie” działają również tacy ludzie, którzy są w naprawdę fatalnej sytuacji materialnej.

Ewelina: Pomagają osoby, które pracują na wysokich stanowiskach w korporacjach i tacy, którzy z trudem wiążą koniec z końcem.

Natalia: Nie ukrywam, że dzięki mojej pracy mam na tyle dużą stabilność finansową, że mogę więcej czasu poświecić na rzeczy dodatkowe, np. na działalność w „Zupie”. Nie muszę szukać fuch. Jestem zdrowa, w pewien sposób uprzywilejowana, nie mam dużych zobowiązań rodzinnych. To wszystko generuje więcej czasu, który mogę różnie wykorzystać: mogę iść na piwo ze znajomymi, pojechać na wczasy, albo iść na „Zupę”.

Pytam, bo myślę,  że praca z bezdomnymi musi wpływać na postrzeganie świata i na stosunek do dóbr materialnych. 60% majątku Stanów Zjednoczonych jest w rękach 2% obywateli. Świat jest tak skonstruowany, że są tacy co, posiadają bardzo dużo i tacy, co nie posiadają nic.

Piotr: Nie mam problemu z tym że ktoś ma. Mam problem, jeśli ja posiadam i potrafię przejść obok potrzebujących z obojętnością albo nawet poczuciem wyższości. Jeśli nie mamy w sobie elementarnej wrażliwości i solidarności, to mam z tym problem. Prywatnie mogę sobie myśleć, że jest jakiś pułap posiadania, powyżej którego jest już niesmacznie, egoistycznie, ale jako „Zupa” się tym nie zajmujemy.

Gdzie jest ten pułap? Potrafisz go określić?

Piotr:  Jeśli dobrze zarabiam, mam mieszkanie, mam co jeść, mam pieniądze na fajne spędzenie czasu wolnego, i ten dobrobyt sprawia, że nie interesuje mnie nic dookoła, to pułap został przekroczony. Nie chodzi o konkretny stan posiadania, ale o stosunek do  otaczającej nas rzeczywistości. W zimie zamarza kilkadziesiąt osób…

W ubiegłym roku 106 osób.

Natalia: A te statystyki prawdopodobnie są zaniżone, bo wiele osób, które są zbierane z ulicy, umiera po kilku dniach w szpitalu. Wtedy bezpośrednio przyczyną śmierci nie jest wychłodzenie organizmu, ale np. niewydolność wielonarządowa.

Piotr: Właśnie, zamarza 106 i więcej osób, zdrowie i życie ludzi jest zagrożone, a mój poziom posiadania tak mnie uśpił, że tego nie widzę, że zamknąłem oczy na to, co za oknem.

Czy ten rok pracy z bezdomnymi Was zmienił? Zmienił wasze myślenie o posiadaniu?

Natalia: Mój się zmienił. Żyję w pewnej schizofrenii, bo z jednej strony jest „Zupa”, a z drugiej – praca w dużej kancelarii prawnej. Często jednego dnia jestem w Warszawie i na przykład szkolę na najwyższym piętrze wieżowca w centrum, a drugiego dnia o 23.00 biegam po olbrzymich pustostanach w samym centrum Krakowa albo na działkach przy Tauron Arenie, gdzie panuje, powiem to wprost, tragiczna nędza.

A może to jest próba zagłuszenia wyrzutów sumienia? Wyrzutu sumienia, że posiadam?

Natalia: Kiedy spotykam osoby w kryzysie bezdomność, to faktycznie bywa mi nie raz niezręcznie, że mam tyle ile mam. „Zupa” uświadamia mi w jak uprzywilejowanej sytuacji jestem i że choć jest to też wynik mojej ciężkiej pracy, to w dużej mierze to także dzieło przypadku: rodziny, w której się urodziłam, miejsca, czasu, zdrowia. Nawet szczęścia, bo nie każdy z moim wykształceniem ma tak dobrą pracę. Więc jeśli pytasz, co we mnie zmieniła praca z bezdomnymi, to bardziej doceniam wszystko, co mam. I jeszcze: historie z „Zupy” uświadomiły mi, że wcale nie musi być tak fajnie przez całe życie. I że dobrze się do stanu posiadania nie przyzwyczajać.

Ewelina: Bezdomni czasem pytają, gdzie pracuję, co robię. I kiedy o tym opowiadam, czuję, jakbym się chwaliła. Wiem, że oni tego tak nie odbierają, ich to naprawdę interesuje. Albo jak w nowym iPhonie sprawdzam, jak dojechać do schroniska. Wtedy ten iPhone sprawia, że jest mi głupio. To jest paradoks, bo zaczęłam się czuć gorsza, że posiadam. Oczywiście racjonalizuję to, ale efekt jest taki, że częściej się zastanawiam podczas zakupów, czy rzeczywiście czegoś potrzebuję. Czy te rzeczy są mi naprawdę potrzebne? Jeśli ktoś ma pięcioro dzieci i potrzebuje duże, dobre auto, to ma to sens, samochód jest funkcjonalny. Ale jeśli miałabym kupić samochód tylko po to, żeby pokazać się na mieście – to już nie ma sensu.

Natalia: Mam podobnie. Zwracam uwagę na to, że czegoś nie muszę mieć i nie jest mi potrzebne do funkcjonowania. Nie wyzbywam się majątku, nie zamieniam mieszkania na mniejsze, ale odczuwam większą wolność: to co mam, tak bardzo mnie nie definiuje.

Piotrek?

Piotr: W ciągu ostatniego roku bardzo mało kupiłem. Wcześniej działał autpilot: mam wypłatę to idę do sklepu, kupie sobie coś fajnego. Teraz patrzę do szafy : mam 15 koszul, 10 bluz, 7 par spodni, czyli więcej niż potrzebuję. Zniknął mechanizm bezrefleksyjnego kupowania. Bardziej świadomie podchodzę też do codziennych zakupów spożywczych. Mieszkam sam i i często kupowałem rzeczy, których nie byłem w stanie zjeść.  I później bardzo dużo jedzenia wprost z lodówki trafiało d kosza. Teraz się tego wstydzę. W Polsce co roku marnujemy 9 milionów ton żywności. W Europie 90 milionów ton. Średnia rodzina wyrzuca to kosza jedzenie o wartości 2500 zł rocznie.

Natalia: Jakiś czas temu zrobiłam sobie zestawienie, ile po roku bycia w „Zupie” wydaję na jedzenie na mieście, ciuchy, drobiazgi i „dobra luksusowe”, a ile rok wcześniej, kiedy nie pracowałam z bezdomnymi. Różnica była duża. Wyrzucam też mniej żywności.

Piotr:  Może to nie jest do końca odpowiedź na twoje pytanie, ale jest coś, co zmieniło się u większości „zupowych” ludzi. Na Plantach spotkamy się w weekend. Dawniej większość z nas wyjeżdżała poza miasto, to był nasz czas na reset i leniwy odpoczynek. Teraz dzielimy go z innymi.

 


Zupa na Plantach – inicjatywa i ruch społeczny, który tworzy przestrzeń do spotkania osób domnych z bezdomnymi. Poza cotygodniowymi przygotowaniem posiłków, „Zupa” pomaga osobom w kryzysie bezdomności: materialnie (wolontariusze przygotowują paczki dla konkretnych osób w odpowiedzi na wcześniej zgłoszone i zweryfikowane zapotrzebowanie) i medycznie (podstawowe badania wykonywane przez naszych lekarzy i pielęgniarki, diagnoza i kierowanie do specjalistycznej pomocy). Środki finansowe otrzymane od darczyńców umożliwiają zapewnienie tej pomocy.

Składniki na zupę co tydzień przynoszą wolontariusze. Nie jest jednak tajemnicą, że największym kosztem w cotygodniowym gotowaniu jest wkład mięsny i zdarza się, że go brakuje. Dlatego „Zupa” poszukuje firmy lub osoby, która byłaby gotowa wesprzeć nas – przekazując albo finansując wspomniany wkład. Szczegóły: kontakt@zupanaplantach.pl

Wsparcie pieniężne można wysyłać na: WSPÓLNOTA CHLEB ŻYCIA 02-220 Warszawa, Łopuszańska 17. Indywidualny numer konta dla Zupy na plantach: Nr konta 08 8004 0002 2001 0000 1270 0007. W tytule przelewu: „Zupa na Plantach”

Rozmawiałem z wolontariuszami „Zupy”: Natalią Rutkowską, Eweliną Zwierz i Piotrem Żyłką.

halo_pieniadze_belka_sponsorska

Halo.Pieniądze to projekt dziennikarski, gdzie pieniądze są pretekstem do rozmów o ważnych zjawiskach społecznych. Wywiadom towarzyszą zdjęcia i krótkie, artystyczne impresje filmowe, realizowane przez ISTV Media. Reżyserem i autorem video jest Paweł Labe.

  • Świetny wywiad, ale też niektóre wnioski smutne…

  • Małgorzata Mirkiewicz

    Świetne pytania , jak zawsze, Konradzie. Dzięki .

  • Dobra robota, Konradzie.

{social-facebook-like}