Mówią: "Szukajcie, a znajdziecie". Powodzenia!

O dwóch takich co ukradli księżyc

Posiadanie brata to jedna z lepszych rzeczy jakie mi się przytrafiły. Miałem siedem lat, kiedy się urodził. Czekałem na niego długo i coraz mniej cierpliwie, ale gdy pojawił się na świecie, uwierzcie, nie było dzieciaka bardziej dumnego ode mnie.

Dużo później, podczas wykładu z psychologii rozwojowej usłyszałem, że tak duża różnica wieku jak nasza, niesie kilka zagrożeń dla obojga rodzeństwa. Dziękuje Bogu, że nikt nie uświadomił moich rodziców na czas. Jeszcze by uwierzyli…

Nasze zainteresowania koncentrowały się głównie wokół rzeczy, które (obiektywnie rzecz biorąc) nie były zbyt przyzwoite. Prawie zawsze niosły ryzyko trwałego kalectwa lub utraty życia (naszego lub postronnych), a że wychowywaliśmy się na wsi, okazji do robienia głupot mieliśmy nieskończenie wiele.

Kradliśmy owoce. W Małopolsce ta aktywność nazywa się grandą i jest powszechną praktyką zupełnie niezwiązana z kradzieżą dla korzyści. Kradliśmy owoce, których często mieliśmy pod dostatkiem we własny ogrodzie bo chodziło o przygodę i aferę. Zwykle zakradaliśmy się do dużego sadu przy jednym z domków letniskowych. W okresie wakacyjnym nigdy nie mogliśmy być pewni czy gospodarze są nieobecni, a więc jeden z nas ruszał na zwiad (przez krótki czas korzystaliśmy nawet z walkie-talkie, ale szybko je zepsuliśmy). Często musieliśmy wycofywać się na z góry upatrzone pozycje w pobliskim polu zboża. Nie bez znaczenia jest to, że naszym odwrotom towarzyszyły głośne ujadania psów. Nigdy nie zostaliśmy złapani. Zawsze było trochę strachu i jeszcze więcej śmiechu.

W lecie zwiedzaliśmy pobliskie bagna. Bez opieki dorosłych bo dorośli wszystko psuli. Te eskapady nazywaliśmy szumnie wyprawami i byliśmy zawsze świetnie wyposażeni. Ekwipunek składał się z zapasów wody, chrupków kukurydzianych i przemyconego z kuchni noża do mięsa (na bagnach nigdy nic nie wiadomo). Odkryliśmy stary, zapomniany most na którym rozbijaliśmy obóz wypadowy. Żaden z nas nigdy nie wpadł do wody, nie dotknął ani nie zjadł nic trującego, nigdy nie ugryzło nas nic jadowitego (chyba).

Wracając z bagien chodziliśmy na grandę.

Polowaliśmy na ludzi i samochody. Przynętą był wypchany, stary portfel uwięziony na przeźroczystej lince wędkarskiej. Lina prowadziła do przydrożnych krzaków, z których nie było możliwości nas zobaczyć. Kiedy samochód się zatrzymywał a uradowany znalazca sięgał po zdobycz, portfel zaczynał gwałtownie zmieniać swoje położenie. Większość ludzi rozumiała żart, czasami jednak trafiał się ktoś, kto nie podzielał naszego poczucia humoru. Działo się to zwłaszcza zimą, kiedy nasza skuteczność rosła, bo zamiast portfela na środku jezdni ustawialiśmy wielkie, śniegowe kule. To bawiło nas jeszcze bardziej.

Strzelaliśmy z łuków, proc, pistoletów na kapiszony i plastikowe kulki, a raz… z wyniesionej po kryjomu od babci śrutowej strzelby. Miałem dwanaście, może trzynaście lat, mój brat sześć. Naciągnięcie broni zajmowało nam kilka minut. Posiadaliśmy na tyle rozsądku, że nie celowaliśmy do siebie nawzajem, nawet na pusto, ale kury sąsiada to zupełnie co innego. Do dzisiaj pamiętam bure jaką dostałem. Bratu się upiekło.

I mnóstwo innych, mniej mądrych rzeczy. Nieustannie się okładaliśmy, czasem z czystej złości, czasem dla zabawy; wyrzucaliśmy jedzenie, którego nie mogliśmy zjeść (w naszym domu panował głupi obowiązek jedzenia do końca). Cały dzień graliśmy w piłkę niezależnie od upału, do upadłego.

Stawaliśmy w swojej obronie i kryliśmy się wzajemnie. Raz, przez przypadek, zniszczyłem nowe, drogie meble. Brat wziął to na siebie bo wiedzieliśmy, że młodszemu oberwie się mniej. Kiedy Gniewko pierwszy raz pojawił się w domu pod wpływem alkoholu i mama kazała mu chuchnąć, myślałem, że sam będę miał jutro kaca, ale z żelazną miną przekonywałem, że absolutnie nic nie czuję.

Oczywiście, to wszystko nie było zbyt mądre. Często naprawdę ryzykowaliśmy. Nasze wybryki mogły mieć daleko posunięte konsekwencje: zablokowana zimą droga mogła stanowić przeszkodę dla karetki lub straży pożarnej, ktoś mógł nas pobić, mogliśmy się utopić albo pokaleczyć, zrobić sobie krzywdę podczas bójek. Na szczęście nigdy nic takiego się nie stało, a wszystkie te sytuacje miały jedną, nieprzecenianą wartość dla której zrobiłbym to jeszcze raz. To kształtowało naszą relację i nas, jako ludzi.

Jestem tatą choć jeszcze kompletnie nic o tym nie wiem. Nasze maleństwo jest jeszcze tam, w środku. Chcę jednak, aby naszych dzieci było więcej. Dla nich samych. Nie dlatego, że przeczytałem w mądrych książkach, że tak jest lepiej, ale dlatego, że mój brat pokazał mi, że warto. Kiedy dorastaliśmy łączyło i dzieliło nas wiele, ale niezależnie od okoliczności, w kryzysowych momentach, zawsze pozostawaliśmy braćmi. Tej relacji nie da się zastąpić

Dziękuje Ci Gniewko. Ten wpis jest moim hołdem dla Ciebie.

[fb_button]

PS Zdjęcie nie jest nasze ;)

{social-facebook-like}