Mówią: "Szukajcie, a znajdziecie". Powodzenia!

O trudnej sztuce cierpienia

Trudno mówić o wartości cierpienia. Zwłaszcza niezawinionego, takiego, które przychodzi nagle. Posiadamy jednak unikalną zdolność do tego, aby cierpieniu nadać sens. Kiedy to się udaje, bolesne doświadczenie bywa punktem zwrotnym – kamieniem milowym naszego rozwoju.

Niezwykle łatwo cierpienie zamknąć w książkowych teoriach. Ubrać w statystykę i schematy. Jeszcze łatwiej je bagatelizować. Mam wrażenie, że wszyscy, którzy o bólu mówią wytartymi sloganami, nigdy nie doświadczyli go naprawdę. Syty nie zrozumie głodnego.

Tymczasem ból stanowi nieodłączny element życia. Funkcjonujemy na sinusoidzie pomiędzy tym co dobre, a tym co kradnie oddech. Uparcie zapominamy, że na obu skrajnościach potrzebujemy innych ludzi. Iluzja samowystarczalności to pierwszy z grzechów głównych naszych czasów.

Akceptacja

Doskwiera nam duchowe ADHD. Nie potrafimy czekać i cierpliwie przyglądać się sobie. Kiedy pojawia się ból, oczekujemy natychmiastowej ulgi. Albo tracimy energię na działania pozbawione sensu, albo zamykamy oczy z nadzieją, że problem przestanie istnieć. Fora internetowe ociekają cierpieniem osób, które szukają prostych recept. Nawet jeśli otrzymują odpowiedź, nie są gotowe na podjęcie żadnego działania.

Uciekamy. W efekcie wewnętrzny kryzys tylko się pogłębia, a nasza frustracja narasta. Zwykle to ostatni moment, żeby się zatrzymać. Później jest już tylko gorzej.

Fundamentem zwrotu staje się zgoda na własną bezsilność. W świecie, w którym choć jeszcze wierzymy w Boga, ale już dawno przestaliśmy wierzyć Bogu, uznanie, że cokolwiek funkcjonuje poza naszą kontrolą, przychodzi z trudem. Nie potrafimy zaakceptować prostej prawdy, że wiele spraw leży daleko poza strefą naszych wpływów. Z szaleńczym uporem powtarzamy mantrę, że kolejna próba przyniesie odpowiedni efekt.

Dopiero uznanie własnej bezsilności otwiera drogę na przyjęcie pomocy.

Wsparcie

Stagnacja i brak wyzwań najpierw rozleniwia, a w końcu uwstecznia. To dotyczy wszystkiego, co tkwi w nas: poczucia własnej wartości, relacji z innymi, wyobrażeń o sobie samym.

Dlatego – od czasu do czasu – potrzebujemy sytuacji trudnych. Idealnie, kiedy problemy są skrojone na miarę. Wówczas, choć odczuwamy dyskomfort, potrafimy iść dalej.

Rzecz w tym, że idealnie bywa tylko w filmach. Większość ludzi pod pozorem spokoju nosi w sobie jakiś uśpiony dramat. Kiedy spotyka nas sytuacja graniczna, wewnętrzne zasoby przestają wystarczać, a grunt usuwa się spod nóg.

Najczęściej chowamy to w sobie. Zaskakujące jak wielu z nas ukrywa jakąś nędzę. Ojciec alkoholik, przykra bieda, brak akceptacji w domu, odrzucenie, nieustające poczucie bycia niewystarczającym. Lęki i kompleksy. Za wszelką cenę chcemy cieszyć się reputacją ludzi, którzy kontrolują rzeczywistość. Żyjemy pozornym szczęściem i z dnia na dzień tracimy nadzieję na lepsze jutro.

To przykry odprysk kultury sukcesu, w której zabrakło miejsca na nieradzenie sobie. Oczekiwanie pomocy stało się synonimem dla bycia tym gorszym. W konsekwencji, pomimo cierpienia, krępujemy się prosić o wsparcie. A prosta prawda jest taka, że nieradzenie sobie jest tylko i aż szansą na więcej dojrzałości.

Zmiana

Cztery lata temu dowiedziałem się, że jestem chory. Szczegóły nie są istotne. Wystarczy, że sprawa była poważna. Fakt, że do zdrowia wraca zaledwie co dziesiąty pacjent, nie napawał optymizmem.

Na początku przyjąłem to ze spokojem. Podjąłem niezbędne kroki, które miały przywrócić mi zdrowie. Kryzys pojawił się po trzech miesiącach, kiedy mechanizmy obronne stopniały, a rzeczywistość dotarła. Silny, wewnętrzny bunt stał się testem wszystkiego, w co dotychczas wierzyłem.

Z perspektywy czasu wiem, że powodem mojego cierpienia nie była sama choroba, ale brak zgodny na bezsilność wobec faktu jej istnienia. Nagle okazało się, że moje plany i projekty muszą poczekać, a być może nigdy nie zostaną zrealizowane.

Udało się. Jestem jednym z dziesięciu. To trudne doświadczenie jest najcenniejszym jakie dzisiaj posiadam. To była i jest wyjątkowa lekcja.

Ten czas nauczył mnie, że nie jestem i nie muszę być panem swojego losu. Poczucie sprawczości nie ma nic wspólnego ze szczęściem.

Wiara, jeśli jest ucieczką od rzeczywistości albo przynależnością do klubu, nie przetrwa próby czasu. Prowadzi do rozczarowania i frustracji. Wielu zatrzymuje się na tym etapie, co dodatkowo pogłębia ich ból. Kiedy jednak relacja z Bogiem staje się autentyczna, oparta na spokoju i cieniu zaufania, inspiruje.

Prawdziwą wartość niesie bycie z innymi i dla innych. Reszta jest komentarzem, środkiem do celu. Łatwiej jest być tatą i znosić wszystko, co trudne, kiedy jeszcze kilkanaście miesięcy temu wiele wskazywało na to, że nie będę miał okazji nim zostać. Łatwiej o docenianie każdej relacji, z tymi skomplikowanymi włącznie.

W końcu, że każde trudne doświadczenie może okazać się wartościowe. Jeśli zrezygnujemy z ułudy samowystarczalności i zaakceptujemy własną bezsilność, cierpienie staje się szansą na inną, lepszą perspektywę. Na więcej wyrozumiałości i empatii. Na to, że w końcu przestajemy mierzyć własną miarą, bo uświadamiamy sobie, że ludzie często niosą ze sobą bagaż, o którym nie mamy pojęcia.

To truizm, ale zapominamy o nim tak często, że warto go powtórzyć. Gdyby nie momenty trudne, nie bylibyśmy zdolni do wdzięczności za to, co posiadamy.

[fb_button]

{social-facebook-like}