Mówią: "Szukajcie, a znajdziecie". Powodzenia!

Razem

Miała na sobie sportową bluzę z kapturem, włosy związane apaszką i bardzo delikatny makijaż. Dziewczyna z sąsiedztwa i ósmy cud świata jednocześnie. Stoliki w sali wykładowej ustawiono w kształt podkowy – siedzieliśmy naprzeciwko siebie, a ja robiłem wszystko, żeby nie wpatrywać się jak ten ostatni. Wychodziło średnio. Od siedmiu lat jesteśmy razem.

Nie pamiętam czego dotyczył wykład i kto jeszcze był z nami. Czas, choć nie tak znów odległy, zamazał szczegóły. Jednak z perfekcyjną precyzją jestem w stanie odtworzyć obraz dziewczyny, którą dwa i pół roku później, w akcie absolutnego szaleństwa, poprosiłem o rękę. Nie posiadaliśmy mieszkania, ani żadnych oszczędności. Firma, którą założyłem dwa miesiące wcześniej generowała straty, byliśmy na półmetku studiów. Ludzie pukali się po głowie.

Jesteśmy udanym, dobrym małżeństwem. Bycie ze sobą nie jest łatwe, więc co jakiś czas wchodzimy w ostry zakręt, ale jak dotychczas, żaden z nich nie wyrzucił nas z toru. Pierwszy poważny kryzys, naprawdę graniczna sytuacja, pojawił się po roku. Jest cudem, że nie pozabijaliśmy się nawzajem, więcej, nawet na chwilę nie odeszliśmy od siebie. Z tej perspektywy: jeśli ktoś oczekuje dowodów na istnienie Boga, to nasze małżeństwo jest jednym z nich. To nie jest żart.

Nie wszyscy moi znajomi, którzy zdecydowali się na ślub, mieli tyle szczęścia. Część z nich nie jest już razem; część już się tylko wzajemnie rani.

SNL

Zainspirowany tekstem Nishki o relacjach małżeńskich, zacząłem zastanawiać się, w czym tkwi klucz do sukcesu. Kiedy patrzę na nasze skromne doświadczenia, mogę wyróżnić kilka elementów, które sprawiają, że bycie mężem mojej żony, jest najlepszą rzeczą, jaka mogła mi się przytrafić.

Przepis, choć nie należy do najłatwiejszych (ciągle zapominamy o proporcjach), nie jest też arcytrudny. Najważniejsze: mamy się dobrze.

Mów prawdę

Ludzie nie mają problemu z relacjami. Czasem wolniej, czasem szybciej, ale nawiązujemy je i potrafimy przez jakiś czas utrzymać. Problemem jest uczciwość.

Dla osoby, która jest dla nas ważna, chcemy być bliscy ideału, a więc pracujemy na reputację, która nie jest prawdziwa. Łatwo to zauważyć przez prostą obserwację swoich zachowań: w środowisku naturalnym (jak dom, szkoła, praca) i wtedy, kiedy jesteśmy z kochaną osobą. Im mniej w nas dojrzałości, tym większą widać różnicę.

Kiedy dwoje ludzi zaczyna ze sobą mieszkać, tworzy wspólny dom, bańka mydlana pęka. Tu już nie ma miejsca na aktorstwo: wszystkie nasze słabości widać jak na dłoni.

Bywa, że nie mówimy prawdy, bo boimy się, że to zrani drugą osobę. Najczęściej efekt jest odwrotny do zamierzonego: zbyt długie gryzienie własnego języka prowadzi do opuchlizny. Kilkakrotnie obserwowałem sytuację, kiedy – w na pozór dobrym związku – dochodziło do gwałtownych konfliktów. Ktoś nie wytrzymał.

Przestaliśmy z Kamilą udawać. Kiedy jestem zły, to jestem zły. Kiedy wzrusza mnie film klasy B, to wzrusza mnie film klasy B; kiedy nie wiem co powiedzieć, milczę. I chyba najważniejsze: kiedy nie dajemy już rady, to – po prostu – nie dajemy już rady.

Mężczyźni mają z tym szczególny problem: nagle ktoś odkrywa wszystkie karty, i widzi, że czegoś nam brakuje. Łatwo od tego uciec i przerzucić odpowiedzialność na zmęczenie, pracę, drugą stronę, cokolwiek. A w tym wszystkim brakuje nam odwagi, żeby spokojnie porozmawiać. Najpierw z samym sobą.

A prosta prawda jest taka, że nie zawsze jesteśmy ludźmi, za których chcielibyśmy uchodzić. To truizm, ale nikt nie jest idealny. Akceptacja tego faktu bywa trudna, ale otwiera inną perspektywę: ja nie jestem idealny, Ty nie jesteś idealna, potrzebujemy siebie nawzajem.

Nie mów prawdy

Moja bliska znajoma powtarza: jeśli zobaczysz najbrzydsze dziecko, jakie kiedykolwiek widziałeś, a trzymająca je na rękach matka powie, że jest piękne, nie zaprzeczaj. Dla własnego dobra.

Choć zbyt długie gryzienie własnego języka prowadzi do opuchlizny, to ugryzienie się w porę i na krótko, jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Ważny jest motyw, który nami kieruje. Jeśli jest nim strach, przegraliśmy, wcześniej czy później, to i tak z nas wyjdzie. Jeśli troska, to nie zawsze trzeba wszystko powiedzieć i domknąć od A do Z. Ciągle się tego uczę.

Moja żona nie przepada za niektórymi z moich znajomych. Kiedy się spotykamy, musi się pilnować, żeby nie patrzeć co chwilę na zegarek. Ukrywa swoje znudzenie bo wie, że ci ludzie są dla mnie ważni. Oczywiście, to i tak widać, ale wiem, że stara się dla mnie. Uwierzcie, to ma wielką wartość.

To również, a może i przede wszystkim, codzienność. Wracam czasem do domu i widzę bałagan, którego nie powinno być. Pisząc bałagan, mam na myśli naprawdę duży bałagan. Bycie razem nauczyło mnie, że to nie jest aż tak ważne i czasami lepiej odpuścić sobie złośliwy komentarz. Pizza wśród porozrzucanych ubrań smakuje tak samo, zwłaszcza jeśli nie musisz jeść jej sam.

Bądź poważny

A raczej, traktuj poważnie to, co chce powiedzieć druga strona. Śmiech jest papierkiem lakmusowym związku, ale tu chodzi o coś zupełnie innego. Ludzie ranią się, bo nie potrafią potraktować „na serio”, tego co jest ważne dla tych, których kochają. Ktoś skarży się, dzieli czymś trudnym, a nam brakuje cierpliwości i uznajmy, że to fanaberia, przesada, że… ileż można? To egoizm. Prawo do bycia tym lepszym, wiedzącym lepiej. Nikt nie dał nam tego prawa.

Kiedy zamieszkaliśmy razem, Kamila tęskniła do rodzinnego środowiska i nie mogła odnaleźć się w nowym miejscu. Nigdy nie miałem takich problemów, lubię zmiany, a więc skupiony na sobie i własnych doświadczeniach, ignorowałem to, o czym mówiła. Bagatelizowałem problem, uznając, że z czasem minie. Nie traktowałem swojej żony poważnie, a w konsekwencji nie mogłem zaangażować się w „jej świat”.

To ona nauczyła mnie, że tak nie wolno. Przykładem. Nie było przez te siedem lat naszego bycia razem problemu, który przyniosłem do domu, a do którego moja żona nie podeszła z uwagą.

Nie bądź poważny

Można traktować się na serio i jednocześnie śmiać do łez. Sprzeczność jest tylko pozorna. Myślę, że gdyby ktoś usłyszał nasze „nocne nad dzieckiem dialogi”, byłby daleki od uznania nas za zdrowych. Wśród pomysłów na rozwiązanie rykunowych problemów, najłagodniejszy polega na wysłaniu Lilki gdzieś do Chile. Pocztą.

Kiedy mam przygotować żonie kolację, a po drodze do kuchni zabłądzę gdzieś przy komputerze, przypomina mi o sobie kąśliwym „tylko w tym pośpiechu nie rozbij się o drzwi, nie jestem aż tak głodna”. W towarzystwie, kiedy ponosi mnie fantazja na swój własny temat, przypomina o niewyniesionych śmieciach. Jest straszna.

Tylko ona może mi powiedzieć, że jestem skończonym idiotą, a ja przyznam jej rację. W końcu dobrze mnie zna. Po kłótniach zwykle śmiejemy się z siebie. To leczy.

Bądź zaborczy

Nie o tego drugiego człowieka, ale o to, co jest między wami. Przy całym tym moim „zaangażowaniu w wielki świat”, są takie chwile, kiedy nic nie ma większego znaczenia niż ona.  Przed porodem dziewczyny trafiły do szpitala, w nocy wysłałem wiadomość do biura, że następnego dnia mnie nie będzie, i trudno mi powiedzieć, kiedy pojawię się ponownie. Wiedziałem, że powinienem być tam z nią. I byłem.

Pracuję w świetnym miejscu. Ze świetnymi ludźmi, którzy przejęli część moich obowiązków i trzymali kciuki, ale niezależnie od konsekwencji, postąpiłbym tak samo.

Pewnie wiele osób powie, że to nieodpowiedzialne, trochę skrajne. Czasem to oskarżenie niesie pozór logiki, ale  w świecie, w którym tak bardzo martwimy się o przyszłość, pracę, prestiż i inne bzdury, nie chcę zgubić tego co naprawdę ważne: bycia z ludźmi, których kocham tu i teraz.

Nie bądź zaborczy

Obok bycia mężem i ojcem, mój czas wypełniają różne aktywności. Pisanie jest jedną z nich. Przynależę do wspólnoty, do której nie należy moja żona. Praca zawodowa jest dla mnie ważna nie tylko przez pryzmat finansów.

Od samego początku naszego bycia, poza kilkoma skrajnymi przypadkami zachwianych proporcji, brak rezygnacji ze „swoich spraw” bardziej nas ubogacał, niż w czymkolwiek przeszkadzał.

Tyle razy, nie tylko w odniesieniu do relacji małżeńskich, widziałem jak ludzie zaczynając coś nowego, skrajnie i sztucznie rezygnowali ze swoich dotychczasowych pasji. To musi odbić się rykoszetem i frustracją, bo nie sposób zamknąć się we dwójkę w czterech ścianach. To nie ma nic wspólnego z poświęceniem.

Brak zaborczości, tego specyficznego monopolu na partnera, nie jest brakiem zaangażowania. Mam szczęście; moja żona interesuje się tym, czym się zajmuję. I choć czasem ma do moich pomysłów krytyczne nastawienie, nigdy nie usłyszałem „zabraniam”.

Kiedy więc dzisiaj, zmęczona „byciem mamą” chce wyjść na zakupy, spotkać się ze znajomymi, założyć na siebie ładne ubranie i zrobić to wszystko beze mnie, to… bardzo dobrze. Ona potrzebuje oddechu, a ja mam zrobić wszystko, by mogła go zaczerpnąć.

Módl się

Jestem skoncentrowanym na sobie narcyzem. Wszystko wiem i wszystko mi się należy. Zawsze mam rację. Bywam arogancki i wyrafinowany w krytyce. Nie słucham ludzi i nie interesuje się nimi, chyba, że akurat chcą mnie pochwalić. Nie jestem zdolny do bycia z kimkolwiek.

Moja żona jest zaprzeczeniem wszystkiego, co we mnie złe. Jest cierpliwa i oddana, słucha i zawsze ma czas dla innych. Czasem wstaje wcześniej, modlę się przy jej stronie łóżka, i zastygam w zdziwieniu. Tak zupełnie po ludzku, absolutnie nie zasługuję na życie, które mamy. Ale Bóg jest dobry.

Na koniec dnia

Reasumując: mów prawdę, nie mów prawdy, bądź poważny, nie bądź poważny, bądź zaborczy i nie bądź zaborczy. Rozmawiaj z Bogiem. Dużo. To działa. I choć nie wiem co przyniesie czas, wierzę, że za kilka, kilkanaście lat, będę mógł się pod tym podpisać. Bardzo chcę.

Nie jesteśmy idealni i trudno stawiać nas za wzór. Są momenty trudne. Ale będąc mężem swojej żony, staję się człowiekiem, którym nie mógłbym stać się samotnie. Finalnie, to ona wydobywa ze mnie to, co najlepsze.

[fb_button]

{social-facebook-like}