Mówią: "Szukajcie, a znajdziecie". Powodzenia!

Sprawa się rypła

Moja cudowna wychowawczyni ze szkoły podstawowej, w przypływach bezsilności, życzyła mi, aby moje własne dzieci były podobne do mnie. Z perspektywy czasu wyraźnie dostrzegam, i doceniam wysiłki tych wszystkich, którzy towarzyszyli mi w dorastaniu. To był spacer na linie nad kraterem czynnego wulkanu. Z opaską na oczach, i silnym bocznym wiatrem.

Nie byłem typem nieusłuchanego łobuza. Owszem, biłem się i to dość często, ale zawsze w słusznej sprawie: w obronie własnej, honoru, albo o dziewczyny. Nie niszczyłem mienia, chyba, że mogło posłużyć jako środek do wyznania miłości, a poza jednym, uzasadnionym przypadkiem, kiedy musiałem zapewnić młodszemu bratu nietykalność, nie dokuczałem młodszym.

Mimo to, moi nauczyciele mieli ze mną mnóstwo kłopotów, a rodzice ciągle musieli zarzucać ratunkowym kołem i wybawiać mnie z opresji. Na szczęście, zawsze cechowała ich specyficzna mądrość, która pozwalała balansować pomiędzy racją szkoły, a wrażliwością kilkulatka, który na pewnym etapie swojego życia uznał, że wie wszystko i na wszystkim się zna.

Oto kilka przykładów na to, że kreatywność dzieci w wieku przedszkolno-szkolnym, nie zna takich pojęć jak granice czy wyczucie chwili.

D jak detektyw

Będąc jeszcze w przedszkolu, razem z kolegą, założyłem biuro detektywistyczne. Mieliśmy legitymacje z prawdziwego zdarzenia (z pieczątką sklepu spożywczego moich rodziców), nielegalną broń (w przedszkolu oficjalnie nie było pistoletów, przemyciliśmy z domu) i poważny problem w postaci braku klientów.

Choć nie umieliśmy tego zdefiniować, intuicyjnie czuliśmy, że popyt nakręca podaż. Uznaliśmy, że jeśli nie ma zapotrzebowania na nasze usługi, musimy je stworzyć. Zaczęliśmy więc ukradkiem chować przedmioty należące do naszych rówieśników, licząc, że zgłoszą się do nas po pomoc, a wtedy spektakularnie rozwiążemy sprawę tajemniczych zaginięć. W końcu byliśmy profesjonalistami.

Kiedy schowaliśmy okulary jednej z dziewczynek w kurtce mojego wspólnika, sprawa się rypła. Łukasza oskarżono o kradzież, a on – w akcie zrozumiałej desperacji – oskarżył mnie o namowę i współudział.

Odkręcenie całej sprawy zajęło mojej mamie dobrych kilka chwil.

Karteczkowy monopol

Kilka lat później, już w szkole podstawowej, odkryłem w sobie żyłkę do interesów. Wszyscy, absolutnie wszyscy, niezależnie od płci i wieku, zbierali kolorowe karteczki do segregatorów. W szkole zapanował szał absolutny, a jedynym dostawcą tych dóbr, był szkolny sklepik.

Moi rówieśnicy kupowali po jednym notesie, i do następnej dostawy (plus, minus dwa tygodnie) wymieniali się pojedynczymi kartkami. W tym samym czasie, od rodziców otrzymywałem codzienne kieszonkowe w wysokości jednego złotego. W związku z tym, że prowadzili sklep, nie miałem potrzeby wydawać tych pieniędzy. Słodką konsumpcję, nie zawsze za ich zgodą, uskuteczniałem właśnie tam.

W pewnym momencie z kieszonkowego uzbierała się całkiem pokaźna suma. Szybko obliczyłem, że jeśli notes kosztuje 3 zł i jest w nim 30 karteczek, a każdą sprzedam po 30 groszy, to zwrot z inwestycji wyniesie bagatela 200%. Warunek jest jeden: nie mogę mieć konkurencji.

W dzień dostawy przyszedłem do szkoły jako pierwszy, cierpliwie czekałem na otwarcie sklepiku i wykupiłem cały nakład.

Nienawidzono mnie i podziwiano jednocześnie. Dziewczyny mogły liczyć na zniżki ekstra. Czułem się jak ryba w wodzie, i wszystko układało się po mojej myśli. Niestety, złośliwa Gośka poszła na skargę.

Jednym, srogim poleceniem ukrócono rozwijającego się ducha przedsiębiorczości i moje monopolistyczne zapędy. Nie obyło się bez zabawnej uwagi, zamaszyście wpisanej do dziennika. Brzmiała mniej więcej tak: uczeń wyłudza pieniądze od swoich kolegów i koleżanek, podczas zwrócenia uwagi buntuje się i oskarża nauczyciela o cyt. łamanie sumienia i wolnego rynku, manifestacyjnie rzuca kolorowe notesy na biurko.

Biznes to biznes

Z prawdziwym biznesem zetknąłem się pod koniec szóstej klasy. Szkolny sklepik (ten sam, w którym wykupiłem wszystkie notesy tuż po dostawie), był prowadzony w sekretariacie i narzucano w nim morderczą marżę. Dla przykładu długopis, którego rynkowa wartość wynosiła 20 groszy, tam był sprzedawany w cenie złotówki. Chipsy, które w normalnym sklepie można było dostać za 50 groszy, u Pani Perełki (tak nazywaliśmy szkolną sekretarkę) kosztowały aż 2 zł. Skandal.

Miarka się przebrała, kiedy zobaczyłem, że paczki Lays ze Stars Wars Tazo są wcześniej ściskane w celu sprawdzenia zawartości, a te z gadżetem odkładane dla wybranych. Nie należałem do nich, a to oznaczało wojnę. Nigdy więcej chipsów bez żetonu Tazo.

Pełniłem wówczas funkcję przewodniczącego szkolnego samorządu i mogłem pozwolić sobie na trochę więcej, niż pozostali uczniowie. Samorząd stał się przykrywką dla nowego, zupełnie prywatnego interesu. Tak potrzebę zakupów wytłumaczyłem w domu.

W sklepie swoich rodziców dostawałem towar w cenie hurtowej. Nieszczęsny długopis mogłem kupić za 10 groszy i wycenić w szkole na 50. Byłem o połowę tańszy niż Pani Perełka, a i tak generowałem ogromny zysk.

Biznes kwitł w sposób, którego nie przewidziałem w najodważniejszych wizjach. Po tygodniu miałem już pięciu pracowników – płaciłem im towarem z naszego przedsiębiorstwa. Prowadziliśmy zaawansowany marketing szeptany, który koncentrował się głównie na rozsiewaniu plotek o konkurencji (od razu ujawniliśmy aferę z Tazo).

W trzecim tygodniu działalności rozszerzyliśmy asortyment, co miało być ostatecznym gwoździem do trumny naszej dogorywającej konkurencji: sprowadziliśmy lody! Zarobione pieniądze zainwestowałem w dużą, termiczną torbę, a w czasie lekcji, przechowywaliśmy towar w domu kolegi, który mieszkał w sąsiedztwie szkoły.

W przeciągu miesiąca, obroty Pani Perełki spadły niemal do zera. Byłem królem i miałem mnóstwo Tazo. Mogliśmy wszystko. I właśnie wtedy wpadliśmy.

Do dzisiaj trudno mi uwierzyć, że udało nam się utrzymać na rynku tak długo. Kiedy nauczyciele pytali o naszą działalność, mówiliśmy, że to praca w ramach samorządu, a moja osoba uwiarygadniała tę wymówkę. Nikt tego nie weryfikował.

Mama została wezwana do szkoły, a do mnie już na stałe przylgnęła łatka „prowodera”.

O rodzicielskiej mądrości

Rodzice nie karali mnie zbyt surowo za te i podobne wybryki (a było ich jeszcze kilka). W swojej mądrości potrafili zobaczyć w tych aktywnościach moją kreatywność, oraz to, że nigdy nie kierowała mną czysta chęć wyrządzenia komuś krzywdy.

Kary miały miejsce, ale były poprzedzone długimi rozmowami. Rozumiałem dlaczego otrzymuje szlaban, i z jakiego powodu, nie pojadę na szkolną wycieczkę. To dzięki tym rozmowom, dzisiaj jestem tym, kim jestem.

Po aferze z okularami, tłumaczono mi, językiem zrozumiałym dla przedszkolaka, że własność jest wartością samą w sobie, i nic nie usprawiedliwia jej naruszania. Nigdy później nic nie ukradłem, a jeśli przypadkowo zniszczyłem coś, co nie należało do mnie, wiedziałem, że muszę to stosownie wynagrodzić.

Kiedy przyniosłem uwagę z wytłuszczonym zwrotem o wolnym rynku, tata usiadł ze mną, i tłumaczył mi, że zarabianie pieniędzy jest ważne, wolność w tej przestrzeni również, ale muszą towarzyszyć temu wartości i wrażliwość, a praca zawsze jest służbą. Kilka lat później zacząłem prowadzić swoją firmę i doskonale wiedziałem, że w pierwszej kolejności wynagrodzenie muszą otrzymać moi współpracownicy, a nie ja, i że jestem za to szczególnie odpowiedzialny.

Doświadczenie konfliktu ze szkolnym sklepem, przyniosło cenną wiedzę o tym, że funkcje publiczne (a szkolny samorząd do nich należy) mają swoje ramy i cel. Pod żadnym pozorem nie mogą zostać wykorzystywane w celach prywatnych. Więcej, że kłamstwo, zawsze ma krótkie nogi, i bardzo trudno odzyskać raz utracone zaufanie.

Na studiach, podczas zajęć z teologii moralnej, a później katolickiej nauki społecznej, jedynie nazywałem to, co już dawno wyniosłem z domu. Nie na poziomie wiedzy, ale serca i intuicji, a więc głębiej.

Słowa uczą, przykłady pociągają

Nie ukrywam, jestem trochę dumny z tych swoich szkolnych wybryków. Nie oszukujmy się: nie każdy ma na koncie takie historie. Było fajnie. Przede wszystkim jestem wdzięczny swoim rodzicom, że zamiast rządów twardej ręki, potrafili nadać temu rangę życiowych lekcji.

W naszym domu nie było idealnie; jak w wielu innych rodzinach, borykaliśmy się z różnymi problemami, czasem takimi dużego kalibru. Ale nigdy nie zabrakło tego, co naprawdę ważne: wszyscy bardzo się kochamy.

Dzisiaj sam jestem rodzicem. Jeśli moja córka zdecyduje się prowadzić nielegalny, szkolny sklep i wysadzić z siodła oficjalne kanały sprzedaży długopisów, będę wiedział jak postąpić.

Mamo, tato, za to dzięki najbardziej.

[fb_button]

{social-facebook-like}