Mówią: "Szukajcie, a znajdziecie". Powodzenia!

Zabawy z bronią

Wojna nigdy się nie zmienia. Zawsze jest tak samo: ty, towarzysze broni i ten zły – wróg. Wiem co mówię, jestem weteranem tysiąca bitew: tych średniowiecznych, z mieczem w dłoni, i tych całkiem współczesnych, w okopach z M-16 przy ramieniu. Trup ścielił się gęsto i było fajnie. A później staliśmy się dorośli.

Mądrę głowy ostrzegają: zabawa w wojnę może przynieść więcej szkód niż pożytku. Kontakt z bronią powoduje wzrost agresji, a samo jej posiadanie (mówimy też o replikach-zabawkach) uczy nagradzania przemocy. Za zorganizowanie gry miejskiej upamiętniającej Powstanie Warszawskie oberwało się toruńskiemu muzeum. Rykoszetem dostali wszyscy rodzice, którzy pozwalają na zabawy w zabijanie. I jakąkolwiek formę przemocy w ogóle.

A więc wszystko wskazuje na to, że proces dorastania, któremu towarzyszyły nieustanne zabawy z bronią we wszelkich możliwych odmianach, ciągłe przepychanki, zapasy i chłopięca rywalizacja, powinien zamienić mnie w kata-oprawcę, a w najlepszym wypadku w wystraszonego, pełnego kompleksów wiecznego chłopca. Dzięki Bogu, tak się nie stało ani ze mną, ani – jak mi wiadomo – z żadnym, z moich rówieśników.

Nie chcę przez to powiedzieć, że środowisko psychologów myli się kompletnie. Nie stać mnie na arogancję w takiej skali. Mam jednak wrażenie, że komentarze są niepełne, coś pomijają.

Nie uciekniesz od tego

Agresja, rozumiana szerzej niż akt przemocy wymierzony przeciw komuś lub czemuś, raczej jako suma pewnych cech: gwałtowności, potrzeby podejmowania ryzyka, rywalizacji o swoje miejsce, jest częścią dorastania chłopców. Samo w sobie nie jest to ani złe, ani dobre. Po prostu jest.

Kiedy chłopiec chce zwrócić na siebie uwagę, powiedzieć jestem tutaj!, to bardzo prawdopodobne, że wespnie się na zasłonę okna i krzyknie Patrzcie! A kiedy już spojrzysz karcącym wzrokiem to owszem, zeskoczy, ale w sposób, który sprawi, że serce stanie ci w gardle. I bardzo możliwe, że salwując się ucieczką, odda w Twoją stronę kilka nierzeczywistych strzałów. Bądź wdzięczny – on potwierdza w ten sposób swoją wartość.

Jeśli dzieciom (ok, piszę o chłopcach, nigdy nie byłem dziewczyną) zabiera się ten czas i taką formę zabaw, zabiera się im tożsamość. To będzie rzutować na przyszłość. Tak się dzieje. Jeśli widzisz wiecznie wściekłego, albo wiecznie smutnego mężczyznę; takiego, który zawsze musi być przed szeregiem, albo kilka kroków za nim, chodzi o jedno: strach. On się panicznie boi, że jest niewystarczający, a więc udaje. I albo ucieka z tym lękiem w manifest, będzie zdobywał: budżety, dziewczyny, stopnie w szkole, wygrane bójki, wygrane dyskusje w Internecie, kościelne zasługi (tak, tak, to też) albo ucieknie w cień, okłamie sam siebie, że wszystko jest w porządku, że już jest taki; introwertyk, zamknięty w sobie artysta, tytan intelektu, którego plebs nie rozumie, pokorny wierny, cokolwiek. Niezależnie od formy, którą wybierze, pod skórą już zawsze będzie mu czegoś brakować.

Jeśli ta polaryzacja Cię irytuję to mam dla Ciebie przykrą wiadomość: stoisz po jednej ze stron.

Granice mają znaczenie

Rozumiem zagrożenie, które dostrzegają zatroskani. Wychowanie nie może być hodowlą małych marines i bezwarunkową pochwałą wyrządzania szkód. Oprócz zrozumienia, a co za tym idzie, przymknięcia oka na zabawy w wojnę (używam tego zwrotu roboczo, jako synonimu całej puli chłopięcych aktywności) dużo ważniejszy jest świat wartości, który wokół budujemy. To jest ten element, który pominięty, sprawia, że zamiast braterstwa i współpracy, poświęcenia i wytrwałości, szacunku i przyjaźni, nagradzamy bezsensowną przemoc. Oczywiście, na to nie ma zgody.

W świecie moich bitew, tych o których wspomniałem na początku, panowały jasne zasady. Pierwsza z nich była tak oczywista, że nikt, nigdy nie musiał jej przytaczać: nie robimy sobie krzywdy na serio; nie jesteśmy dla siebie wrogami. Strzelamy do siebie właśnie dlatego, że się przyjaźnimy i chcemy ze sobą spędzać czas. Tak jak lubimy. My, chłopcy z sąsiedztwa, którzy trzymają się razem.

Niezależnie czy miałem lat siedem czy dwanaście, jeśli kolega przyłożył mi kijem (przepraszam, dwuręcznym mieczem) zbyt mocno, to chwilę później, bezwarunkowo wyciągał rękę i pytał czy nic mi nie jest. Jeśli ktoś zachowywał się inaczej – szybko przestawał spędzać z nami czas. Nie umiał się bawić.

Kiedy drewniane miecze i odpustowe rewolwery zamieniliśmy na trampki i piłkę, a ktoś oberwał, i nie wstawał z boiska, to piłka lądowała poza linią. Niemal zawsze. W taki sposób kształtowano nasze charaktery.

Ponosiliśmy konsekwencje i byliśmy dumni. Z najlepszym przyjacielem z dzieciństwa mieliśmy taką głupią, rowerową zabawę: rozpędzaliśmy się naprzeciwko siebie. W linii prostej, maksymalnie jak to było tylko możliwe. Ten, który skręcił pierwszy, przegrywał. Kilka razy było fajnie, ale któregoś dnia pech chciał, że obserwowały nas dziewczyny. Żaden z nas nie odpuścił. Nie mogliśmy tego zrobić i wiedzieliśmy o tym od samego początku. Złamałem rękę i posiniaczyłem bok tak, że nie mogłem iść. Kolega zaniósł mnie do domu i przyniósł mój rower. Nigdy nie przyznaliśmy się jak naprawdę doszło do tego wypadku. Choć duma bolała bardziej niż siniaki, było świetnie.

Kobiety często protestują, kiedy dziele się tym, o czym napisałem wyżej. Moja żona jest pierwsza w kolejce, zwłaszcza, jeśli podkreślam nadzieję na to, że mój syn odziedziczy tę specyficzną kreatywność w spędzaniu wolnego czasu. Kiedy jednak oglądamy Szeregowca Ryana, Braveheart, albo 300, to mimo że nie są to najambitniejsze filmy w dziejach, nawet w niej odzywa się tęsknota za takimi mężczyznami.

Boże rzeczy

Jest coś jeszcze. Coś w co wierzę, a co całkiem nieźle w swojej książce Dzikie serce opisuje John Eldrige (tak, to ten bestseller dla amerykańskich licealistów). Jeśli Bóg wyraża się przez stworzenie (na nasze: wszystko co jest) to musi być awanturnikiem. Nie musisz patrzeć daleko, żeby to zobaczyć, choć pewnie podczas morskiego sztormu na Pacyfiku widać to lepiej, niż w trakcie burzy podczas schodzenia z Babiej Góry. Teoretyzuję – nigdy nie byłem na Pacyfiku podczas sztormu, ale burza w Beskidach nieźle podnosi ciśnienie. Jest strasznie, niebezpiecznie i pięknie jednocześnie. Jakiś element tej grozy jest w każdym z nas bo w końcu na obraz i podobieństwo…

Wartości, głupcze!

Problemem dzieci, a później przemocy wśród dorosłych, nie są repliki takiej czy innej broni; podobnie jak nie są miejskie gry historyczne, w których udział biorą kilkulatkowie. Pod artykułem, do którego się odnoszę, ktoś wspomniał, że jeśli chłopcy nie dostaną karabinów-zabawek, stworzą je z kartek papieru albo kawałków drewna. My nawet tego nie potrzebowaliśmy – złożone dłonie spisywały się wystarczająco dobrze. Nie unikniesz tego.

To co możemy i powinniśmy zrobić, to nadać temu odpowiednią narrację. Pokazać wartości. Myślę sobie, że wyznacznikiem męskości są właśnie one. Wartości, w które wierzymy, i które – przynajmniej co jakiś czas – manifestują się w codzienności. Kiedyś odkładałem swoje plastikowe M-16 i mówiłem sąsiadowi jutro ty będziesz Niemcem. Trzymaj się stary!. Dzisiaj przegrywam duży przetarg podczas, którego bywa nieprzyjemnie, czasem wulgarnie i po bandzie, ale na koniec dnia mogę spotkać się ze znajomymi z konkurencyjnego zespołu i serdecznie pogadać o czymkolwiek.

Tak, to ma związek.

[fb_button]

 

{social-facebook-like}