Mówią: "Szukajcie, a znajdziecie". Powodzenia!

Hektogramy kredy. Szkoła nie działa

Moja edukacja, policzyłem, to blisko siedem tysięcy dni. Niespójna masa wzorów, dat i lektur. Hektogramy rozkruszonej kredy, dziesiątki, a może setki piór i długopisów. Zapomniane oceny. Egzaminy, które okazały się mniej ważnie niż powszechnie zapewniano.

Na chemii mówiono, że są zasady, na fizyce, że prawa (czasami można je łamać). Królowa wszelkich nauk budziła we mnie daleko idący wstręt, ale to dzięki niej potrafię myśleć logicznie, wysławiać się precyzyjnie, a kiedy na horyzoncie kilka niewiadomych – boję się mniej. A skoro o strachu: nużący wówczas Bułhakow trwale wpisał we mnie przekonanie, że tchórzostwo to okrutna formą pogardy dla samego siebie. Vonnegut, że uratować nas może tylko humanizm.

Szkoła, już wtedy ostatkiem sił, realizowała swój cel nadrzędny – dostarczała wiedzy w społecznym kontekście. To ważne, bo wiedza sama w sobie nie niesie szczególnej wartości. Uczyliśmy się więc nie po to, aby posiadaćosiągać, ale po to, aby być i to być możliwie mądrze. Ci, którzy proces edukacji zaczynają dzisiaj, nie mają tyle szczęścia. Zaryzykuję stwierdzenie, że współcześnie szkoła realizuje model antywychowania: dewaluuję kulturę intelektualną, ogranicza ciekawość poznawczą, nie budzi postaw społecznych. Determinuje egoizm i potrzebę zbędnej rywalizacji. Nie działa.

Dzieje się tak, bo ulegliśmy iluzji, że szkoła w jej tradycyjnym kształcie może być gwarantem dobrego, łatwiejszego życia. Skupiliśmy się na tym tak bardzo (z rodzicami w pierwszym szeregu), że zaczęliśmy tę szkołę zmieniać, w domyśle udoskonalać, ale w kierunku odwrotnym do ewolucji społeczeństw.

Siedem tysięcy dni to w przybliżeniu dziewiętnaście lat. Średnio tyle zajmuje edukacja od wychowania przedszkolnego. do ukończenia uczelni wyższej. Problem naszych czasów polega na tym, że dziewiętnaście lat to okres, w którym świat traci swoją aktualność w sposób niemal totalny. Zmieniają się formy komunikacji, modele zatrudnienia, sytuacja gospodarcza i polityczna. Społeczeństwa ewoluują. A więc szkoła próbuje przygotować nas do rzeczywistości nieznanej i niepewnej.

Wydaje się, że to, co dla oświaty i rodziców jest niezrozumiałe, dla tych, którzy do szkoły chodzą, stanowi kwestię a priori. To co szkolne w świadomości uczniów jest nie tylko mało atrakcyjne, ale też niepotrzebne. Młodzi aktualną wiedzę o świecie zdobywają samodzielnie, ze źródeł, które nie zawsze można uznać za rzetelne (Internet, inne media). Szkoła przegrywa tę rywalizację już na starcie, bo funkcjonuje w modelu przednowoczesnym, kiedy była dominującym źródłem wiedzy i umiejętności praktycznych.

Z drugiej strony systematycznie rośnie liczba egzaminów, również tych, które nie mają żadnego, praktycznego zastosowania (test pomiędzy trzecią, a czwartą klasą szkoły podstawowej?). Rodzice obciążają dzieci dodatkowymi i kolejnym zajęciami. Wszystko kosztem umiejętności społecznych i określonych, uniwersalnych wartości. Wiedza bez kontekstu, motywowana potrzebą otrzymania kolejnej odznaki, choć tak naprawdę nie wiadomo po co i dlaczego, ucieka.

Nauczyciele, często na początku swojej pracy pełni optymizmu i poczucia głębokiej misji, zostają obarczeni środowiskową presją wyniku. Nie jest ważny rozwój ucznia, stan jego wiedzy i kompetencji społecznych, ale zdany egzamin. Zaczynają więc uczyć nie po to, aby uczniowie stawali się mądrymi ludźmi, ale po to, aby mogli przejść kolejny etap szkolnej rywalizacji. W tym pędzie gubimy to, czego nie sposób później odzyskać: prawdziwą, głęboką i potrzebną relację nauczyciela i ucznia. Nie jest ważne, aby w dzieciach pobudzać ciekawość poznawczą, motywować do samodzielnych poszukiwań, dyskusji czy wymiany wiedzy. Ważne jest wpisanie w schemat, bo tylko schemat gwarantuję nagrodę (nawet jeśli to nie prawda). To z kolei najłatwiej uzyskać nie partnerską, ale autorytarną narracją wychowawczą.

Finalnie mamy do czynienia z niezwykle przykrym zjawiskiem dewaluacji kultury intelektualnej. Trudno się dziwić, że już jako dorośli niedoceniamy ludzi prawdziwie mądrych, a szeroko rozumiany humanizm coraz częściej staje się synonimem życiowej niezaradności. Jak mamy wymagać, aby nasze dzieci okazywały swoim wychowawcom elementarny szacunek, skoro nie szanujemy ich sami, nie słuchamy, nie współpracujemy? Oczekujemy wyniku, bo średnia musi się zgadzać. Za wszelką cenę.

Marginalizowanie wychowawczej roli szkoły, brak uzasadnienia, że wiedza służy naszej wewnętrznej kulturze, brak budowania relacji, prowadzi do problemów, z którymi przychodzi nam mierzyć się coraz częściej. Mamy specjalistów gotowych żądać i zdobywać, ale swoje sukcesy okupują zawodowym wypaleniem i pulą interpersonalnych deficytów. Brakuje nam społecznego zaangażowania i cywilnej odwagi. Ile osób na narastającą falę nienawiści w Internecie potrafi zareagować grzecznie, ale stanowczo?

Z wiedzy, którą przekazała mi szkoła, po kilkunastu latach nie zostało wiele, choć wciąż żywy jest system skojarzeń i umiejętność szukania. W tym intuicja gdzie i jak szukać, oraz przekonanie, że szukać warto, bo bierność wobec niewiedzy, to brak szacunku dla samego siebie.

Zostało jednak więcej, myślę, że ważniejszego. Dzisiaj, kiedy w pracy kolega traktowany jest niesprawiedliwie, wszystko mówi we mnie protestuj!, bo przecież „tchórzostwo nie jest jedną z najstraszliwszych ułomności, ono jest ułomnością najstraszliwszą!”. W momentach trudnych, kiedy chciałbym zostawić wszystkich i wszystko, powiedzieć good night, and good luck, wracają do mnie ci nauczyciele, którzy poświęcali i przejmowali się naprawdę, wierzyli i doceniali. Miałem szczęście, bo spotkałem takich kilku. Kiedy więc przestaję w siebie wierzyć, procentuje to, że wierzyli inni. Wówczas był jeszcze na to czas, nie rywalizowaliśmy z sąsiednimi placówkami, programowe braki można było nadrobić z początkiem kolejnego roku. Ocena była nagrodą, nie karą. Punktem odniesienia. Rankingi szkół stanowiły egzotyczną ciekawostkę.

Jacek Żakowski podczas doskonałego wystąpienia na konferencji Campus Warsaw 2014 (ten tekst w dużej mierze jest podsumowaniem tej prelekcji) powiedział, że relacje są ważniejsze niż informacje. To, że ktoś w drugiej klasie nie potrafi odróżnić Marsa od Jowisza, to nie jest wielki dramat, ale jak nie umie podzielić się śniadaniem, jest tragedia. Tego już dalej nie naprawimy.

 


Trudny i ważny temat. Tu, trochę dla kontrastu, zabawne, ciepłe wypowiedzi kilkulatków o szczęściu i dobroci. Dzieci to wychowankowie AKADEMII PRZYSZŁOŚCI, projektu, który pomaga przejść drogę od porażki w szkole do sukcesu w życiu. Ciężar szkolnych niepowodzeń (brak wiary w siebie, brak przekonania, że zmiana jest możliwa) dzieci wnoszą w dorosłość. AKADEMIA na to nie pozwala. Dzisiaj możemy w tym pomóc w bardzo prosty sposób. Wystarczy tylko 1%. KRS 00 00 05 09 05

Więcej filmów tutaj: youtube.com/user/TVakademii/videos

{social-facebook-like}