Mówią: "Szukajcie, a znajdziecie". Powodzenia!

Narzekanie – robisz to źle

Narzekasz. Wszyscy to robimy. Praca, zdrowie, relacje, inni ludzie. Zwłaszcza oni – pojedynczo albo w skali grupy, nawet pokolenia – najczęściej trafiają na celownik krytyki. Choć narzekasz, nie jesteś zainteresowany zmianą na lepsze. W żadnym razie. Zmiana to ostatnia rzecz, której oczekujesz. Ale mam dobrą wiadomość: można inaczej.

Jest coś przykrego w ludziach, dla których szklanka jest zawsze w połowie pusta – trudno jest żyć w świecie, w którym wszystko jest tak niedoskonałe, że aż trudne do zniesienia. Nieprzerwane tyrady narzekań potrafią męczyć, a w końcu, w zupełnie zdrowym odruchu, irytują.

Za ścianą permanentnej krytyki kryje się strach i ten rodzaj wyczerpującej samotności, do której trudno się przyznać. Wskazywanie palcem na innych bardzo rzadko niesie ze sobą coś konstruktywnego; zwykle to zakamuflowany komunikat z czymś sobie nie radzę. Oskarżenie daje chwilowe poczucie kontroli, a narzekanie ulgę. Na krótko. Później jest tylko gorzej.

Jeden z moich znajomych z uporem manifestował swoje niezadowolenie (a dotyczyło wszystkiego, głównie innych). Robił to tak skrajnie, że aż niepokojąco. Kilka razy zaprosiliśmy go na wspólny wypad: to w góry, to na rowery, do knajpy, do kina. Zawsze odpowiadał, że nie może i zwykle podawał jakiś prozaiczny powód. Za plecami mówił, że to strata czasu i woli go poświęcać na inne aktywności. Te lepsze. Kiedyś się przekonamy i zobaczymy kto będzie górą. Rzecz w tym, że nikt z nas w niczym nie rywalizował. W końcu uznaliśmy, że nic na siłę i kontakt się urwał.

Rozmawialiśmy po latach. Przyznał, że zawsze kiedy już zostawał w domu, płakał z tym do poduszki. Duży gość, dwadzieścia trzy lata… Nie byłem zdziwiony.

On użalał się nad sobą, ale wiele osób ucieka w agresję i podwaja gromadzony w sobie jad. Dzieje się tak, bo najłatwiej przelać odpowiedzialność za swoją frustrację na innych. Równie łatwo od razu podjąć działanie i próbować coś zmienić: na oślep i głupio. Z pewnością widzieliście te nagłe metamorfozy wystraszonych, cichych dziewczynek, które nagle odkrywają wielki świat i drugą stronę medalu: najdroższe ciuchy, kosmetyki, które zabijają w promieniu kilometra; imprezowe maratony. Wrogiem numer jeden, obiektem do wyśmiania, stają się te dziewczyny, którymi chwile temu same były. Wiecie co najczęściej robią klerycy (dla niewtajemniczonych – to ci, którzy przygotowują się do bycia księżmi) po złożeniu rezygnacji w seminarium? Za wszelką cenę chcą znaleźć dziewczynę i udowodnić swoją normalność. Widziałem to tyle razy, że gotów jestem uznać za regułę. To jest ciągły bunt, zakamuflowane niezadowolenie z siebie. Zmienia się tylko wektor. Zabrakło pauzy – chwili na to, żeby się zatrzymać.

Jak to działa?

Przeprowadź krótki test: wróć myślami do sytuacji, a najlepiej dwóch lub trzech, w których narzekałeś. Niech to będzie coś prostego, codzienność: zmęczenie tłumem w autobusie, komentarz rzucony w biurową przestrzeń, status na facebooku, który obnaża czyjąś głupotę, cokolwiek. I odpowiedz sobie na pytanie: po co?

Prawdopodobnie przyszło Ci do głowy kilka bzdur. Niektóre z nich mogą brzmieć całkiem logicznie. Rzecz w tym, że bzdura, niezależnie od tego jak brzmi, nadal pozostaje bzdurą. Wymówką.

Wyrażenie sprzeciwu bywa czasami konieczne, ale to nie ma nic wspólnego z narzekaniem; zwłaszcza na innych. Kiedy wszystkie argumenty za zestawimy z realnym efektem tego, co przyniosła wylewana żółć, możemy łatwo zobaczyć bezsens wszystkich tych manifestów niezadowolenia. Możesz sprawdzić to sam.

Odpowiedź na pytanie po co? jest prosta: chcesz poczuć się lepiej. Tu i teraz, natychmiast. Ale to nie działa. Najmniejsze niebezpieczeństwo jest takie, że jeśli zaczniesz tego nadużywać, ludzie przestaną chcieć spędzać z Tobą czas. Największe, że sam zaczniesz wierzyć w ten obraz rzeczywistości i stracisz z oczu prawdziwy problem – siebie.

Dla jasności: nie namawiam nikogo do takiego przerysowywania świata, w którym wszystko uznajemy za całkowicie akceptowalne. Nie o to chodzi. To oczywiste, że są rzeczy, które wymagają zmiany. Te prozaiczne, dotyczące codzienności, jak niekończące się problemy komunikacyjne, korki, brudne autobusy, nieuprzejmi sprzedawcy, po globalne – nietrafione decyzje rządzących, przemoc, rozwarstwienie społeczne. Jeśli jednak mówisz o tym wszystkim, ale nie idzie za tym nic konkretnego (nawet drobna uprzejmość w kolejce), tracisz czas, energię i nudzisz; wszyscy już to wiedzą. To sygnał, że problem jest tylko w Tobie.

Można inaczej

Mam szczęście. Otaczają mnie przeróżni ludzie. Tacy, którzy inspirują i tacy, którzy mogliby nosić na czole tabliczkę życie – robisz to źle. Wszyscy, w zależności od sytuacji i czasu, ustawiamy się bliżej jednej, albo drugiej skrajności. Zauważyłem jednak, że ci pierwsi, choć mają tyle samo problemów co ci drudzy, a często więcej bo są bardziej aktywni, reagują inaczej. Są wśród nich świetni rodzice, szefowie zespołów, księża (spokojnie, was najmniej – wiem, że czytacie), kilku więźniów, którzy z akceptacją i zrozumieniem odbywają swoje kary. To ludzie w różnym wieku, z różnych środowisk.

Bywa, że spotyka ich jawna niesprawiedliwość i skłamałbym mówiąc, że zawsze tryskają optymizmem, ale z pewnością podchodzą do rzeczywistości z większą wyrozumiałością i życzliwością. Narzekają mniej, a jeśli już, to nie na otaczający świat, ale na własne zmęczenie. Prawie nigdy nie krytykują, choć nie ma to nic wspólnego ze zgodą na rzeczy złe. Wyrażając swoje zdanie, nie budują wokół siebie murów. Są wspaniali.

Żyć bardziej

Jeśli większość swojego czasu tracisz na udowadnianie innym, że nie mają racji, albo użalasz się nad sobą i światem, obwiniając wszystkich wokół, trudno. Prawdopodobnie nic się nie zmieni. Być może będziesz miał szczęście i wydarzy się coś tak trudnego do udźwignięcia, że w końcu zrozumiesz: świat nie jest idealny i właśnie dlatego tak bardzo potrzebujemy siebie nawzajem. Bez wyjątku.

Można prościej. Najpierw ugryź się w język, tak całkiem mocno. A chwilę później podziękuj komuś za coś lub pochwal, tak szczerze. Jeszcze potrafisz. A wtedy zaczniesz żyć bardziej.

[fb_button]

{social-facebook-like}