Mówią: "Szukajcie, a znajdziecie". Powodzenia!

Wdzięczność zobowiązuje

Szkoła podstawowa. Jedna z tysiąca. W jednej ławce chłopiec, który otwiera duży piórnik i dziewczynka z ubogim zestawem długopis – ołówek – gumka. On z kompletem nowych podręczników, ona wystraszona i zakłopotana, bo bez książek. To kontrast, który przynosi do domu moja żona – nauczycielka. Słucham, a z każdym zdaniem coś się we mnie kruszy.

Jeśli sprawiedliwość mierzyć miarą punktów, które otrzymujemy na starcie, będzie to miara oskarżenia. I nie chodzi jedynie, a nawet nie przede wszystkim, o kwestie materialne. Zaangażowanie rodziców, zasoby szkół, ilość uczniów, którym nauczyciel może poświęć indywidualną uwagę. Choć dzisiaj dysproporcje są mniejsze niż kiedykolwiek wcześniej, wciąż zbyt łatwo je dostrzec.

Mam dużo szczęścia. To, kim jestem dzisiaj i to, kim wciąż się staję, jest sumą dobra i mądrości ludzi, których poznałem, a którzy zdecydowali, że będę dla nich ważny. Dzielił ich wiek, kompetencje i doświadczenie. Łączył czas, który byli gotowi mi poświęcić. I przedziwna wiara, że warto to robić.

Jerzy

Swój pierwszy komputer otrzymałem późno – w okolicach lipca 1996 roku. Wcześniej godzinami przesiadywałem w zaprzyjaźnionym biurze rachunkowym i u sąsiadów, którzy byli szczęśliwymi posiadaczami Amigi. Rodzice z konsekwentnym uporem uznali, że sprzęt, który kosztował sumę półrocznych pensji, nie będzie narzędziem rozrywki, a jedynie wsparciem mojej edukacji.

Zacząłem programować. Najpierw Basic, później Pascal. Szkolną sale informatyczną zamykano długo po ostatnim dzwonku. Zwykle wtedy, kiedy panie sprzątające traciły już cierpliwość. Spędzałem z Jerzym mnóstwo czasu. Uczył mnie i inspirował. Pokazywał, że technologie można wykorzystywać twórczo.

Później, kiedy przyszły wakacje, dom Jurka stał się moim domem. Pozostaje zagadką skąd brał tyle cierpliwości i życzliwości, aby przez dwa miesiące poświęcać mi kilka godzin dziennie i odpowiadać na każde, najgłupsze nawet pytanie.

Choć nie zostałem programistą, to od blisko ośmiu lat jestem związany z branżą nowych technologii. Aktualnie pracuję jako dyrektor artystyczny w jednej z rozpoznawalnych i nagradzanych agencji reklamowych. Realizuję projekty dla dużych i znanych marek. To, co kiedyś wydawało się odległym marzeniem, dzisiaj jest moją codziennością. Najważniejsze: w czasach, które nie należą do najłatwiejszych, swoim bliskim mogę zapewnić warunki dobrego i bezpiecznego funkcjonowania. Dobrze, że możemy mieć się dobrze.

Z perspektywy czasu widzę tę relację szerzej. Jurek nie był nauczycielem informatyki. Był moim mentorem i starszym, mądrym przyjacielem. W okresie, w którym się spotykaliśmy, relacje z moim własnym tatą w praktyce nie istniały. Nasz dom, mimo obecnego tam dobra, niszczyły trudne historie. W tamtym czasie zdobyłem mnóstwo przydatnej i praktycznej wiedzy, ale najważniejsze pozostawało to, że był gotów poświęcać mi swój czas. Był obok.

Jeździł na wózku inwalidzkim, chorował na stwardnienie rozsiane. Nie wymodliłem dla niego zdrowia, choć niebo i ziemia świadkami, że starałem się bardzo. Nie pozwolił, aby choroba go upokorzyła. Uczył dłużej niż wydawało się możliwe. Nigdy nie stracił uznania i szacunku wśród uczniów.

Każdy mój zawodowy sukces (awans, branżowe wyróżnienie), jest sukcesem Jurka.

Pani od polskiego

Czytałem dużo i zawsze. Beletrystykę, poradniki, książki naukowe. Dość wcześnie (moi znajomi złośliwie twierdzą, że zbyt wcześnie) zacząłem sięgać po poważną publicystykę. Pamiętam „Politykę” z felietonami Pilcha i „Tygodnik Powszechny” z kapitalnym cyklem Jacka Podsiadły. Chciałem być częścią świata, który tak bardzo mnie fascynował.

Tyle, że moim światem rzeczywistym była mała, wiejska szkoła z odgórnie limitowanym dostępem do Internetu. Zresztą, nie byłem w stanie pisać poprawnie. Przecinki, końcówki, deklinacje. W mojej głowie wszystkie te elementy wyglądały dobrze, ale przelane na papier traciły swoją poprawną formę. Dysleksja, kiedy towarzyszy jej mało sprawiedliwe „zdolny, ale leń”, frustruje. Obszerniej pisałem o tym w kwietniu.

Szczęśliwie, tu na krańcu świata mieliśmy swojego Johna Keatinga i swoje własne Stowarzyszenie Umarłych Poetów. Czytaliśmy Tolkiena, Le Guin i Vonneguta. Siebie nawzajem też. Dyskutowaliśmy o literaturze, historii, polityce. O przyszłości, i o tym, kim chcemy być za dziesięć, piętnaście i więcej lat. W piątek, kiedy wszyscy wychodzili ze szkoły, pani Krystyna, polonistka, zostawała z nami po godzinach.

Konsekwentnie poprawiała moje teksty i nie pozwalała uwierzyć, że dysleksja to wyrok. Przede wszystkim rozbrajała moje destrukcyjne przekonanie, że wiem wszystko o wszystkim, a jednocześnie nie okradła z wiary w siebie. To wielki dar i tylko nieliczni nauczyciele potrafią z niego korzystać.

Po długiej przerwie nadal piszę. Robię mniej błędów, choć przecinki i końcówki wciąż są dla mnie terra incognita. Nadal lubię Tolkiena, ale duszę oddałem Lewisowi. Do Vonneguta wracam regularnie.

Publikuję w poczytnym miesięczniku. Jako autor współpracuję z Onet.pl. Kilka miesięcy temu podpisałem umowę z jednym z dużych wydawnictw zainteresowanych moją książką. Finalnie wybierałem z czterech.

Zaryzykuje sąd, że żadna z tych rzeczy nie miałaby miejsca, gdyby nie piątkowe godziny i nasze Stowarzyszenie Umarłych Poetów, którego nikt tak wtedy nie nazywał. Gdyby nie nauczycielka języka polskiego, którą było stać na więcej. Bez dodatkowej pensji i przywilejów.

Bunt

Ten etap edukacji kończyłem pełen wewnętrznego buntu i z silną potrzebą rozmaitych manifestów. Wypadkowa wieku i trudnego charakteru.

Na rozdaniu świadectw nie odebrałem własnego, a pod kaligrafowanym, dużym cytatem z Saint-Exupérygo, dopisałem własny. Z Nietzchego.

Nie pożegnałem się z wychowawczynią, nie podałem ręki wielu znajomym. Ale Jerzego i Krystyne odwiedziłem dzień wcześniej  z kupionym za własne pieniądze prezentem. To były zbiory opowiadań Lema z charakterystyczną, prostą okładką.

Większość z nas nosi z sobą podobne historie. Wspomnienia ludzi, którzy z jakiegoś powodu postanowili powierzyć nam czas, i w przedziwny sposób trwale wpłynęli na nasze dalsze losy. Nauczyciele z pasją. Trenerzy. Kapłani, którzy postanowili mniej przekonywać, a więcej służyć. To właśnie oni wyrównują dysproporcje pomiędzy pełnym piórnikiem, a tanim długopisem i ołówkiem z gumką. Pomiędzy rodzicami zaangażowanymi, a tymi uwikłanymi w problemy, które nie pozwalają poświęcić dzieciom tyle czasu, ile należy.

Wszyscy ci ludzie są ważni. Stanowią źródło wdzięczności. A wdzięczność zobowiązuje.

 


Wszystko co otrzymujemy jest po coś. Dlatego wspieram AKADEMIĘ PRZYSZŁOŚCI. Obok Szlachetnej Paczki to jeden z kluczowych projektów Stowarzyszenia WIOSNA. Wolontariusze spędzają czas z dziećmi, którym jest trudniej. Pomagają odrabiać lekcje, uczą i inspirują. Są obecni.

Akademia może pochwalić się realnymi sukcesami: chłopiec, który dotychczas ignorował ortografię, zaczyna poprawnie pisać, inny sprawniej posługuje się językiem obcym, ktoś przestaje z roku na rok przynosić do domu zagrożenia.

Praca wolontariuszy sprawia, że przegranych i wykluczonych już na starcie jest mniej. Wolontariusze są ważni. Możesz zostać jednym z nich. Wystarczy, że wejdziesz na: zostantutorem.pl

{social-facebook-like}